Prawie każdego dnia pracując jako kasjerka, spotykam się z sytuacjami, w których kompletnie nie wiem co powiedzieć...
historyjka pod tytułem ''matematyka - a to coś do jedzenia czy mnie obrażasz?''
Podchodzi kobieta ok 30stki do kasy, w ręku 4 czekolady. Podaje mi jedną, pyta:
- ile kosztuje?
skanuję, odpowiadam:
- 35 pensów
Chwilę stoi, zamyśla się, po czym kładzie resztę czekolad na taśmę i mówi:
- OK
Rozumiem, że mam zeskanować resztę, to skanuję, uśmiecham się i mówię
- 1,40£ poproszę
i uwaga tu zaczyna się historia rozwijać
- jak to 1,40£? 1 funt powinno być.
- 4 czekolady po 35 pensów to jest 1 funt 40 pensów
- nieeeeeee , to jest 1funt!
- 1 czekolada to 35 pensów (mówię jak do dziecka uczącego się matematyki powoli, spokojnie).
Dwie czekolady to będzie razem 70 pensów. Ponieważ chcesz 4 czekolady to teraz 70 pensów trzeba przemnożyć przez 2. 2x x 70 pensów to jest 1 funt 40 pensów.
- ale dlaczego ty mi mnożysz?? to się dodaje a nie mnoży!!!
zamilkłam...
zaniemówiłam...
ucichłam i skamieniałam
zastygłam w bezruchu i w bezsłowiu...
- źle zeskanowałaś! zeskanuj to jeszcze raz!
patrzę na nią i nie wierzę...
chrząknęłam,przełknęłam ślinę, w myślach zrobiłam 150 razy facepalm i wydałam z siebie dźwięk:
- zeskanowałam dobrze, skanowanie jest zadaniem tak prostym, że dziecko jest w stanie to wykonać. Jeśli chodzi o czekolady to jeśli DODAMY do siebie 4 czekolady po 35 pensów, to nawet zeskanowane 20 razy pokażą taką samą kwotę, czyli 1,40£
a ona do mnie:
- nie bądź niegrzeczna, właśnie, że źle zeskanowałaś i chcesz mnie oszukać. Nie będę kupowała więcej w tym sklepie. Nie chcę już tej czekolady...
i sobie poszła...
przez chwilę siedziałam patrząc bezsilnie w ekran mojej kasy... westchnęłam głośno, wzruszyłam ramionami, usunęłam nieszczęsną czekoladę i z uśmiechem powitałam następnego klienta, który całą rozmowę skwitował słowami:
- matematyka, dla niektórych magiczna i niepojęta
- ''matematyka''??? a co to jest? to coś do jedzenia czy mnie obrażasz?
- hahahaha....
dziwny jest ten świat...
16 listopada 2015
9 listopada 2015
przepraszam, po angielsku się jeszcze nie nauczyłam...
Historia z serii - ''Polacy na emigracji...''
Idą dwie rodaczki, jedna wózek pcha...w stronę mojej kasy.
Jak w każdym supermarkecie kasy czasem posiadają oznaczenia.
np: że ''tylko koszyk''
albo ''tylko do 10 produktów''
Nad moja kasą zaś wisi taki znaczek (Hearing Loop) z podpisem
Podpis wyjaśnia, że jest przy tej kasie zainstalowany hearing loop dla osób z aparatem słuchowym (redukuje szumy i wzmacnia przejrzystość dźwięku).
Idą obie, jedna pcha, druga się rozgląda. Przyłażą w moją stronę i słyszę pierwsza kobieta się odzywa:
- może chodź tu, tu mniejsza kolejka jest
- tu nie można - odpowiada druga nadal się rozglądając
- jak to nie można? - pyta pierwsza
- tu tylko dla głuchych jest - ta rzecze lekko zirytowana
- jak to dla głuchych? - pyta ta pierwsza ze zdziwieniem a ja ze zdziwieniem słucham
- mamo, jaka ty głupia jesteś, nie widzisz, że jest znaczek ''tylko dla głuchych''?! - z oburzeniem jej odpowiada najmądrzejsza na świecie córka, wskazując na znaczek na kasą, który przed chwila wam zaprezentowałam...
- acha...- skomentowała pierwsza pytająca i poszły sobie do innej kasy...
Ja naprawdę nie wiem co w głowie jaśnie najmądrzejszej się roiło... naprawdę... nie wiem...
miałam ochotę powiedzieć, że można, niech podejdzie.. miałam nawet ochotę wyjaśnić co ten znaczek oznacza.... ale po sekundzie doszłam do wniosku, ze właściwie wszystko mi jedno...
ja se będę swoich ''głuchych'' obsługiwać a one niech idą do tych słyszących...
tyle w temacie...
Idą dwie rodaczki, jedna wózek pcha...w stronę mojej kasy.
Jak w każdym supermarkecie kasy czasem posiadają oznaczenia.
np: że ''tylko koszyk''
albo ''tylko do 10 produktów''
Nad moja kasą zaś wisi taki znaczek (Hearing Loop) z podpisem
Podpis wyjaśnia, że jest przy tej kasie zainstalowany hearing loop dla osób z aparatem słuchowym (redukuje szumy i wzmacnia przejrzystość dźwięku).
Idą obie, jedna pcha, druga się rozgląda. Przyłażą w moją stronę i słyszę pierwsza kobieta się odzywa:
- może chodź tu, tu mniejsza kolejka jest
- tu nie można - odpowiada druga nadal się rozglądając
- jak to nie można? - pyta pierwsza
- tu tylko dla głuchych jest - ta rzecze lekko zirytowana
- jak to dla głuchych? - pyta ta pierwsza ze zdziwieniem a ja ze zdziwieniem słucham
- mamo, jaka ty głupia jesteś, nie widzisz, że jest znaczek ''tylko dla głuchych''?! - z oburzeniem jej odpowiada najmądrzejsza na świecie córka, wskazując na znaczek na kasą, który przed chwila wam zaprezentowałam...
- acha...- skomentowała pierwsza pytająca i poszły sobie do innej kasy...
Ja naprawdę nie wiem co w głowie jaśnie najmądrzejszej się roiło... naprawdę... nie wiem...
miałam ochotę powiedzieć, że można, niech podejdzie.. miałam nawet ochotę wyjaśnić co ten znaczek oznacza.... ale po sekundzie doszłam do wniosku, ze właściwie wszystko mi jedno...
ja se będę swoich ''głuchych'' obsługiwać a one niech idą do tych słyszących...
tyle w temacie...
26 października 2015
Bogusia kontra Terminator
Z przygód codziennych
Bogusia kontra Terminator czyli , dzień sądu ostatecznego: ''bo jesteś głupia''
W niedzielę 25 października roku pańskiego bieżącego o godzinie tak mniej więcej 8:30 wieczorową porą, wlizłam do sklepu ja - Edzia, on - zwany Staszkiem i ona - psiapsióła zwana Andy w skrócie.
Weszliśmy w trójcy świętej spokojnej do sklepu zwanego Sainsbury, w dzielnicy Grove Park.
Wybrałam z półek swoje 3 rzeczy, które wybrać miałam, podeszłam do kasy, zapłaciłam, rzeczy wzięłam w tak zwaną garść (bo do samochodu kroków osiem, to bez siateczki) i jak już dochodziłam do wyjścia zostałam zaatakowana przez TERMINATORA w wersji kobiecej.
Terminator drogę mi zagrodził i ni mniej ni więcej rządaniem rachuneczku do mnie się przedstawił.
Dostałam zdziwienia twarzowo- cielesnego, przystanęłam nawet przez chwilę myśląc, że może jakaś ukryta kamera i żarcik, bo przecież terminator widział, że stoję w kolejce, mało tego widział, że zapłaciłam z swoje rzeczy a jednak nie...
Terminator drogę do wyjścia zagradza swoim ciałem i do mnie się rzuca ''pokaż mi rachunek''
Na co ja - Edzia - odpowiadam grzecznie ''że nie mam rachunku rzeczonego wymaganego tylko przez ciebie bo.... '' (bo rachunek miał Staś, ale terminator mi nie pozwolił dokończyć zdania)
Wcina się babsko w zdanie i z gębą krzykliwą ''że nie wyjdę dopóki nie pokażę rachunku’’...
No i w tym momencie we mnie strzelił tak zwany ''wkurw oczywisty'' i pojawiła się w zastępstwie Edzi - kto? no kto? no Bogusia przyszła. Bogusia nie boi się niczego, nikogo i drzeć ryja potrafi tak, że pewnie ją słychać jest wszędzie, gdziekolwiek, gdzieś i nigdzie jednocześnie, ba! nawet Lucek bramy piekielne zamyka jak Boguśka się zaczyna na horyzoncie pojawiać...
Bogusia terminatorowi stanowczo powiedziała ''NIE, nie ma rachunku, nie pokażę, nie mam takiego obowiązku i generalnie lata mi to kalafiorem (tak mniej więcej ino w wersji angielskiej to było, bo przecież rzecz owa się dzieje w Londynie i tu nie mówimy tylko spikamy albo konwersujemy, chociaż w tej wersji to żeśmy szałting robili) ''
Staszek jakby chcąc generalnie całą sytuację już zakończyć, po rachunek sięgać zaczął, po czym został powstrzymany moim Bogusiowym spojrzeniem popartym słowami ''nawet się kurwa nie waż jej tego rachunku pokazywać'' lubo coś w tym stylu, na pewno jeden fuck w tym zdaniu był...
Mówię do terminatora głosem głośnym, donośnym pytającym: ''na jakiej podstawie mnie tu zatrzymujesz, czy uważasz, że ukradłam te rzeczy? przed chwilą widziałaś mnie przy kasie, co sądzisz że tam robiłam? Pokazywałam osobie za kasą co kradnę i poinformowałam ich , ze wychodzę nie płacąc, a oni mi na dowiedzenia pomachali?''
Ale terminator, jak to terminator, jedna tylko dyrektywa, zakodowane jedno zdanie, jak zepsuta zacięta maszyna jedno i to samo: ''pokaż mi rachunek, nie mów mi jak wykonywać moją pracę, nie wyjdziesz bez rachunku''
''posłuchaj terminatorze (drę się do niej, tak dokładnie terminatorem ją nazywając), któremu się wydaje, że masz moc wszechmogącą on pracuje w tym sklepie - wskazuję palcem na Staszka - ona też - wskazuje na przyjaciółkę - może ci cały zespół dzisiaj pracujący potwierdzić, że nikt z nas by nie kradł we tym sklepie, i potwierdzić mogą, że zapłaciliśmy za nasze rzeczy.''’
A ta swoje ''nie wyjdziesz dopóki nie pokażesz mi rachunku'' itd
Powtarzam: ''nie muszę posiadać rachunku, jeśli nie chcę go posiadać. Nie masz prawa ani podstaw by mnie zatrzymywać, jeśli uważasz, że kradnę, proszę bardzo – zadzwoń na policję, ja poczekam.''’
Na całe zamieszanie i krzyki dochodzące z każdej strony, wręcz echem się odbijające od każdego zakątka sklepu, przybiegła Team Leader i mówi do terminatora ''pozwól im iść, zapłacili''
Terminator nakręcony jednofazowo- jednozdaniowo z gębą na Team Leadera ''nie mów mi jak mam wykonywać pracę, ja tu grzecznie się pytam, a ona nie chce mi rachunku pokazać''
(złośliwa jaka jestem no...terminatorowi pracę utrudniam)
W końcu wołamy chłopaka, który nas obsługiwał, bo zaczyna już się nudzić i przykrą być ta cała sytuacja, ludzie się gapią, ja się drę, ona się drze, do nikąd to prowadzi, ja chce do domu...
w ręku trzymam gin i tonik, chcę go skonsumować, a nie tu stać z głupim terminatorem i taką dyskusję bez sensu...
Pytamy chłopaka, chłopak terminatorowi potwierdza, że zapłaciliśmy, ale terminator dalej swoje i o rachunku, i że nie wyjdę...
nosz kurwów maciów... cierpliwość mi się już dawno skończyła więc jamczącego w kółko jedno i to samo terminatora pytam- po raz kolejny: ''jaki jest sensowny powód, że nadal mnie zatrzymujesz w tym sklepie, jaki jest twój argument za tym by mnie tu zatrzymywać, zostało ci potwierdzone, że zapłaciłam za moje rzeczy, możesz to sprawdzić na nagraniu z kamer, możesz wezwać policję jeśli uważasz, ze wszyscy cię to oszukujemy. Dlaczego mi blokujesz drogę i nie pozwalasz wyjść, powiedz mi jaki jest tego powód?''
''bo jesteś głupia'' - terminator zmienił w końcu treść swoich wypowiedzi...
Na chwile nastała cisza w całym sklepie, po czym odpowiadam ''skoro to jest twój powód, to w takim razie na pewno teraz wychodzę''.
Na co ona do mnie dokładnie tak: ''yeah, fuck off from the store''
czyli na nasze, że mam generalnie spierdalać.
Bogusi dano w twarz, a Bogusia nie ma w zwyczaju tak spokojnie dać się spoliczkować. Już Bogusi ręka drgnęła i wizja rozwalonego nosa terminatora przed oczami się pojawiła, cóż za radonsna myśl i jakie to by było wspaniałe wypróżnienie emocjonalne... gdy nagle tak mnie głos Staszkowy ocknął... Taki głos zdziwienia pomieszanego z wkurwem na poziomie milionowym: ''nazwałaś moją żonę GŁUPIA???''
Gdyby złość parowała, chyba ze wszelkich otworów Staszkowych by para szła pełną...parą...
Jak spojrzałam na jego minę, to miałam przez chwilę obawę, że to on jej zaraz sprzeda kolorowe oko. ale nie... on walczy inną bronią... karteczka, długopis i ''poprosze twoje imię i numer odznaki, bo oczywiście wiesz, że w tym momencie złożę na ciebie oficjalna skargę''
Terminator zaczął uciekać, i powyższą informacją się podzielić nie chciał. Staszek łaził za terminatorem po sklepie, teraz on nakręcony i ''imię i numer odznaki, imię, odznaka, imię...'' ale ona twarda była.. jemu już się nie da złamać.
Nagle twardą była. Wystarczy, że Bogusia ją zdenerwowała, nie pozwoli sobie na to by się dowiedziano jeszcze jak jej na imię i cała reszta... Nie można, nie wolno, nie dam, nie powiem... Taka dzielna z niej terminatorka!
Podążać na zaplecze zaczęła a w drzwiach nogą linię zakreśliła i do Staszka mówi, że jak przekroczy tą niewidzialną linię, to ona nie odpowiada za siebie, sugerując że mu łomot spuści.
W sumie wyglądała jak terminator z rambo połączony, to trochę wierzyć można, że w stanie jest łapami machać. Nawet jak bez celu zacznie machać, to głupota kiedyś w końcu przypakowo kogośmoże uderzyć...i do tego miała wielkie okulary - może szybciej widzi? i większą powierzchnię, może szybka w garściach, bo w myśleniu nie za bardzo... kto wie.
Nie mieliśmy okazji się przekonać, bo w końcu wyszliśmy ze sklepu...
A dziś poczłapałam do sfer wyższych opisując sytuację i rządając wręcz, bo czemu nie rządać? by terminator, tak jak się darł na całą mordę na sklep, żem głupia i spierdalać mam, żeby równie głośno mnie przeprosił, publicznie... i nie tylko mnie, ale Staszka- obrońcę walczącego o sprawiedliwość, Andzię niedowierzającą do dziś, że to się wydarzyło, team leadera, który próbował załagodzić sytuację, i pana za kasą ma przeprosić... i kurwa - wszystkich ma przeprosić... bo tak, bo sądy sądami, ale sprawiedliwość musi być po mojej stronie...
Uprzejmie donoszę, że pracownica wasza klientów od głupich wyzywa, spierdalać im każe i mało tego grozi, że za swe czyny nie odpowiada.
Czy państwa pracownik aby na pewno jest zrównoważony psychicznie i odpowiednio przygotowany by wykonywać pracę ochroniarza w sklepie.
Chyba się baba za dużo filmików na YouTube naoglądała i myśli, że ma władzę absolutną...
a tu nagle jej władza absolutna spotkała się z Bogusią.
Cały jej świat, tak pięknie narysowany tępą żółtą kredką, pierdolnął w gruzach... wczoraj.. wieczorową porą... w Londynie... na Grove Park...
Bogusia złamała psychikę ochroniarza terminatora...
teraz czekamy na ciąg dalszy.
Bogusia kontra Terminator czyli , dzień sądu ostatecznego: ''bo jesteś głupia''
W niedzielę 25 października roku pańskiego bieżącego o godzinie tak mniej więcej 8:30 wieczorową porą, wlizłam do sklepu ja - Edzia, on - zwany Staszkiem i ona - psiapsióła zwana Andy w skrócie.
Weszliśmy w trójcy świętej spokojnej do sklepu zwanego Sainsbury, w dzielnicy Grove Park.
Wybrałam z półek swoje 3 rzeczy, które wybrać miałam, podeszłam do kasy, zapłaciłam, rzeczy wzięłam w tak zwaną garść (bo do samochodu kroków osiem, to bez siateczki) i jak już dochodziłam do wyjścia zostałam zaatakowana przez TERMINATORA w wersji kobiecej.
Terminator drogę mi zagrodził i ni mniej ni więcej rządaniem rachuneczku do mnie się przedstawił.
Dostałam zdziwienia twarzowo- cielesnego, przystanęłam nawet przez chwilę myśląc, że może jakaś ukryta kamera i żarcik, bo przecież terminator widział, że stoję w kolejce, mało tego widział, że zapłaciłam z swoje rzeczy a jednak nie...
Terminator drogę do wyjścia zagradza swoim ciałem i do mnie się rzuca ''pokaż mi rachunek''
Na co ja - Edzia - odpowiadam grzecznie ''że nie mam rachunku rzeczonego wymaganego tylko przez ciebie bo.... '' (bo rachunek miał Staś, ale terminator mi nie pozwolił dokończyć zdania)
Wcina się babsko w zdanie i z gębą krzykliwą ''że nie wyjdę dopóki nie pokażę rachunku’’...
No i w tym momencie we mnie strzelił tak zwany ''wkurw oczywisty'' i pojawiła się w zastępstwie Edzi - kto? no kto? no Bogusia przyszła. Bogusia nie boi się niczego, nikogo i drzeć ryja potrafi tak, że pewnie ją słychać jest wszędzie, gdziekolwiek, gdzieś i nigdzie jednocześnie, ba! nawet Lucek bramy piekielne zamyka jak Boguśka się zaczyna na horyzoncie pojawiać...
Bogusia terminatorowi stanowczo powiedziała ''NIE, nie ma rachunku, nie pokażę, nie mam takiego obowiązku i generalnie lata mi to kalafiorem (tak mniej więcej ino w wersji angielskiej to było, bo przecież rzecz owa się dzieje w Londynie i tu nie mówimy tylko spikamy albo konwersujemy, chociaż w tej wersji to żeśmy szałting robili) ''
Staszek jakby chcąc generalnie całą sytuację już zakończyć, po rachunek sięgać zaczął, po czym został powstrzymany moim Bogusiowym spojrzeniem popartym słowami ''nawet się kurwa nie waż jej tego rachunku pokazywać'' lubo coś w tym stylu, na pewno jeden fuck w tym zdaniu był...
Mówię do terminatora głosem głośnym, donośnym pytającym: ''na jakiej podstawie mnie tu zatrzymujesz, czy uważasz, że ukradłam te rzeczy? przed chwilą widziałaś mnie przy kasie, co sądzisz że tam robiłam? Pokazywałam osobie za kasą co kradnę i poinformowałam ich , ze wychodzę nie płacąc, a oni mi na dowiedzenia pomachali?''
Ale terminator, jak to terminator, jedna tylko dyrektywa, zakodowane jedno zdanie, jak zepsuta zacięta maszyna jedno i to samo: ''pokaż mi rachunek, nie mów mi jak wykonywać moją pracę, nie wyjdziesz bez rachunku''
''posłuchaj terminatorze (drę się do niej, tak dokładnie terminatorem ją nazywając), któremu się wydaje, że masz moc wszechmogącą on pracuje w tym sklepie - wskazuję palcem na Staszka - ona też - wskazuje na przyjaciółkę - może ci cały zespół dzisiaj pracujący potwierdzić, że nikt z nas by nie kradł we tym sklepie, i potwierdzić mogą, że zapłaciliśmy za nasze rzeczy.''’
A ta swoje ''nie wyjdziesz dopóki nie pokażesz mi rachunku'' itd
Powtarzam: ''nie muszę posiadać rachunku, jeśli nie chcę go posiadać. Nie masz prawa ani podstaw by mnie zatrzymywać, jeśli uważasz, że kradnę, proszę bardzo – zadzwoń na policję, ja poczekam.''’
Na całe zamieszanie i krzyki dochodzące z każdej strony, wręcz echem się odbijające od każdego zakątka sklepu, przybiegła Team Leader i mówi do terminatora ''pozwól im iść, zapłacili''
Terminator nakręcony jednofazowo- jednozdaniowo z gębą na Team Leadera ''nie mów mi jak mam wykonywać pracę, ja tu grzecznie się pytam, a ona nie chce mi rachunku pokazać''
(złośliwa jaka jestem no...terminatorowi pracę utrudniam)
W końcu wołamy chłopaka, który nas obsługiwał, bo zaczyna już się nudzić i przykrą być ta cała sytuacja, ludzie się gapią, ja się drę, ona się drze, do nikąd to prowadzi, ja chce do domu...
w ręku trzymam gin i tonik, chcę go skonsumować, a nie tu stać z głupim terminatorem i taką dyskusję bez sensu...
Pytamy chłopaka, chłopak terminatorowi potwierdza, że zapłaciliśmy, ale terminator dalej swoje i o rachunku, i że nie wyjdę...
nosz kurwów maciów... cierpliwość mi się już dawno skończyła więc jamczącego w kółko jedno i to samo terminatora pytam- po raz kolejny: ''jaki jest sensowny powód, że nadal mnie zatrzymujesz w tym sklepie, jaki jest twój argument za tym by mnie tu zatrzymywać, zostało ci potwierdzone, że zapłaciłam za moje rzeczy, możesz to sprawdzić na nagraniu z kamer, możesz wezwać policję jeśli uważasz, ze wszyscy cię to oszukujemy. Dlaczego mi blokujesz drogę i nie pozwalasz wyjść, powiedz mi jaki jest tego powód?''
''bo jesteś głupia'' - terminator zmienił w końcu treść swoich wypowiedzi...
Na chwile nastała cisza w całym sklepie, po czym odpowiadam ''skoro to jest twój powód, to w takim razie na pewno teraz wychodzę''.
Na co ona do mnie dokładnie tak: ''yeah, fuck off from the store''
czyli na nasze, że mam generalnie spierdalać.
Bogusi dano w twarz, a Bogusia nie ma w zwyczaju tak spokojnie dać się spoliczkować. Już Bogusi ręka drgnęła i wizja rozwalonego nosa terminatora przed oczami się pojawiła, cóż za radonsna myśl i jakie to by było wspaniałe wypróżnienie emocjonalne... gdy nagle tak mnie głos Staszkowy ocknął... Taki głos zdziwienia pomieszanego z wkurwem na poziomie milionowym: ''nazwałaś moją żonę GŁUPIA???''
Gdyby złość parowała, chyba ze wszelkich otworów Staszkowych by para szła pełną...parą...
Jak spojrzałam na jego minę, to miałam przez chwilę obawę, że to on jej zaraz sprzeda kolorowe oko. ale nie... on walczy inną bronią... karteczka, długopis i ''poprosze twoje imię i numer odznaki, bo oczywiście wiesz, że w tym momencie złożę na ciebie oficjalna skargę''
Terminator zaczął uciekać, i powyższą informacją się podzielić nie chciał. Staszek łaził za terminatorem po sklepie, teraz on nakręcony i ''imię i numer odznaki, imię, odznaka, imię...'' ale ona twarda była.. jemu już się nie da złamać.
Nagle twardą była. Wystarczy, że Bogusia ją zdenerwowała, nie pozwoli sobie na to by się dowiedziano jeszcze jak jej na imię i cała reszta... Nie można, nie wolno, nie dam, nie powiem... Taka dzielna z niej terminatorka!
Podążać na zaplecze zaczęła a w drzwiach nogą linię zakreśliła i do Staszka mówi, że jak przekroczy tą niewidzialną linię, to ona nie odpowiada za siebie, sugerując że mu łomot spuści.
W sumie wyglądała jak terminator z rambo połączony, to trochę wierzyć można, że w stanie jest łapami machać. Nawet jak bez celu zacznie machać, to głupota kiedyś w końcu przypakowo kogośmoże uderzyć...i do tego miała wielkie okulary - może szybciej widzi? i większą powierzchnię, może szybka w garściach, bo w myśleniu nie za bardzo... kto wie.
Nie mieliśmy okazji się przekonać, bo w końcu wyszliśmy ze sklepu...
A dziś poczłapałam do sfer wyższych opisując sytuację i rządając wręcz, bo czemu nie rządać? by terminator, tak jak się darł na całą mordę na sklep, żem głupia i spierdalać mam, żeby równie głośno mnie przeprosił, publicznie... i nie tylko mnie, ale Staszka- obrońcę walczącego o sprawiedliwość, Andzię niedowierzającą do dziś, że to się wydarzyło, team leadera, który próbował załagodzić sytuację, i pana za kasą ma przeprosić... i kurwa - wszystkich ma przeprosić... bo tak, bo sądy sądami, ale sprawiedliwość musi być po mojej stronie...
Uprzejmie donoszę, że pracownica wasza klientów od głupich wyzywa, spierdalać im każe i mało tego grozi, że za swe czyny nie odpowiada.
Czy państwa pracownik aby na pewno jest zrównoważony psychicznie i odpowiednio przygotowany by wykonywać pracę ochroniarza w sklepie.
Chyba się baba za dużo filmików na YouTube naoglądała i myśli, że ma władzę absolutną...
a tu nagle jej władza absolutna spotkała się z Bogusią.
Cały jej świat, tak pięknie narysowany tępą żółtą kredką, pierdolnął w gruzach... wczoraj.. wieczorową porą... w Londynie... na Grove Park...
Bogusia złamała psychikę ochroniarza terminatora...
teraz czekamy na ciąg dalszy.
16 października 2015
Wykładanie towaru - grzechy główne
Wykładanie towaru na taśmę. Niby zajęcie proste. Nie wymagające ukończenia studiów wyższych. Coś co zrobi nawet pewnie i dwulatek, jeśli sięgnie ręką...
Wydawałoby się - zajęcie, o którym wiele powiedzieć nie można...
Wydawałałoby się... a tu ja... Ja wasza Sklepowa Dejzi wam dzisiaj coś o tym powiem.
Generalnie mi wszystko jedno jak ten towar sobie wykładasz. Mniej ''generalnie'' jest mi wtedy, gdy mi pracę to utrudnia...lubo zwyczajnie na nerw działa ...
1. Ciężkie na początek
- jeśli położyłeś worek kartofli na samym końcu taśmy, to nie oczekuj, że go zeskanuję jako pierwszy... 90% klientów zamiast pakować zakupy stoi i czeka, aż cały towar zeskanuję, żeby zacząć pakowanie od ... leżących na samym końcu kartofli, bo - cytuję - ''te ciężkie na początek pakuję''. Zatem - czy naprawdę jest tak trudno ułożyć je na taśmie ''na początku'' a nie na samym końcu?
a teraz ci bardziej zaawansowani, czyli pozostałe 10% z tej grupy: ''możesz mi najpierw zeskanować ziemniaki?''
i tu ważne: NIE, proszę państwa, NIE MOGĘ SIĘGNĄĆ I ZESKANOWAĆ NAJPIERW WASZYCH KARTOFLI. bo numero uno: są za daleko bym sięgnęła i muszę najpierw zeskanować co jest przy mnie, duo: wystarczyło je położyć na początku taśmy, ja nie jestem od tego, żeby wybierać co wy mi każecie najpierw i przekładać na taśmie wasze produkty.
Wykładając towar zróbcie to sami...
Dodam: gdy tak stoicie i nie pakujecie tego co ja skanuję, tracicie mój czas, wasz czas i czas kogoś kto za wami w kolejce stoi.
Byłoby miło gdybyście zaczęli o tym myśleć i następnym razem , to co chcecie najpierw zapakować, zwyczajnie położyli na taśmie ''najpierw'' a nie ''potem''
logiczne, czy dalej za trudne?
2. Butelki
butelki z napojami alkoholowymi czy też jakimiś innymi kładziemy na taśmie, nie stawiamy. Tak wiem, zajmują więcej miejsca jak się położy, ale jeśli jeszcze nie zauważyłeś, zdarza się dość często, że się przewrócą jak taśma się rusza i zatrzymuje...a stawianie butelek z alkoholem na skraju taśmy, to już naprawdę ryzyko na krawędzi głupoty...
połóż to po prostu.. z dumy ci nie ujmie, honoru nie stracisz a kasjerka wdzięczną ci będzie
3. Wybudujemy wieżę...
Nie układaj towaru dziesięcio-piętrowo, bo jak taśma rusza, najprawdopodobniej, twoja skrupulatnie ułożona wieża , rozjedzie się i połowa wyląduje na podłodze...
A potem marudzisz, że ci się jogurciki popękały i trza wymienić... albo pudełko teraz masz pogięte...no jak jebło na glebę z dziesiątego piętra?!
Jak już koniecznie musisz, bo masz dużo tego, to postaraj się jakoś tak logicznie, jak widzisz, że ''zjeżdża'' jak taśma jest w bezruchu, to z pewnością zjedzie totalnie jak zacznie się przesuwać...
4. a to cieknie, a to się sypie, pobite jajeczka...
drogi kliencie, wybierając towar z półki - czy to jest coś co cieknie, czy się sypie ... czy to mleko, płyn do prania, cukier, mąka czy jaja - czy nie widzisz, że może się sypie lubo cieknie, czy nie zaglądasz czy jajo całe???
nie? ok,rozumiem..
To może jak wykładasz z koszyka na taśmę, to zauważasz, że jednak cieknie, się sypie???że jajko zbite??
też nie?
ale jak ja zeskanuję, to jak wkładać masz do siatki, to nagle ''ta mąka się sypie, może mi ktoś wymienić?'' i nagle podnosisz wieczko i o! jajko zbite... to też trzeba wymienić...
nagle widzisz?! wzrok ci wrócił? rozum też.. teraz dopiero wiesz, że to trzeba było sprawdzić! gratuluję...
no bo jak kładłeś swoją mąkę na taśmę i wielka biała chmura mąki jebła w powietrze przy okazji świniąc ''moją taśmę'' to wzrok ci odjęło i było ok.. teraz nagle nie pasi? bo co? bo reklamówkę ci zabrudzi? Bo nie miałeś czasu podnieść tego wieczka, żeby zobaczyć czy wszystkie jajca są w skorupce nienaruszone... bo teraz butelka z płynem jest niedokręcona, ale cały czas jak łaziłeś po sklepie była ok??
Błagam! Biorąc towar z półki sprawdź czy nie cieknie, czy się nie sypie, czy nie dziurawe, czy to jest takie jak chcesz..
Bo tak, zdarza się, że opakowanie towaru jest trefne...że dziura, że cieknie, że jajca potłuczone...
ale to naprawdę nie jest takie trudne by to zauważyć, zanim ja to zeskanuję... ba! zanim to na taśmę postawisz
Bo wiesz jak to jest.... ty jesteś ślepy a ja wychodzę z założenia, że może ci nie przeszkadza, że się sypie, albo może sam przedziurawiłeś i czujesz moralny obowiązek zakupienia towaru w takim opakowaniu, bo to ty je zniszczyłeś... albo może sobie odkręcałeś płyn i się ulało?? kto wie? ja nie wiem.. ja tu tylko skanuję...
5. Towar na taśmę... wszystko inne w ręku
Nie kładź pieniędzy na taśmie, ani karty płatniczej, ani karty sklepowej, ani niczego innego poza towarem który chcesz zakupić... nie jestem od tego żeby ''łapać'' wasze rzeczy, nie zawsze zauważę, że położyłeś coś tam, a jak wjedzie pod taśmę, to ja tego nie wyciągnę...
bo trzeba całość rozkręcać, mechaników wołać... nie, to ''nie wyleci spod spodu!''
kapisz?
6. Jak popadnie...
użyj logiki - nie kładź wszystkiego jak leci jeśli tak nie lubisz...
walniesz mrożonki na gazetę a potem mówisz do mnie, że gazeta mokra.. i w konsekwencji ''czy mogłabyś mi wymienić''
naprawdę tracę wtedy cierpliwość... to TWOJA WINA, ŻE JEST MOKRA!!!!
7. razem będzie im raźniej...
nie wkładaj do jednego woreczka/reklamówki różnych rzeczy, które są na wagę...
nie pomoże zawiązanie siatki i tonem władczym wszechwiedzącym oznajmienie: '' to zawiązane, żeby nie latało, można zważyć razem''.
Proszę, nie mówi mi jak mam wykonywać swoja pracę.. bo jak WIEM jak to zrobić... i TAK, widze, że zawiązane.
Rozumiem, że to może być bardzo trudne do zrozumienia, ale NIE MOŻNA razem zważyć cebuli z ziemniaczkami, bo to inny produkt, inna cena...
nawet jak je w jednym woreczku mi zapodasz...
ba! nawet ziemniaczek a ziemniaczek inna cenę posiadać może, więc różne rodzaje ziemniaczków też w dwa różne woreczki iśc powinny.
To, że zawiążesz na supełek siatkę naprawdę niczego nie zmieni. Rozedrę ci siatkę, wyciągnę każdy produkt i zważę go osobno...
8. jak to ułożyć... czyli co je twoje, to nie jego...
Stojąc w kolejce układaj swój towar za towarem osoby, która jest przed tobą...
im bliżej tym lepiej, bo dzięki temu ktoś, kto stoi za tobą będzie miał miejsce na wyłożenie swoich rzeczy...
i tu ważne: na litość boską: używaj separatora, czy tam jak tam się to nazywa po polsku.
Bo potem ja skanuję jak leci i nagle słyszę ''a to moje jest!'' ...
a skąd mam ja wiedzieć jak leży centymetr od siebie??? nie zawsze patrzę co kto wykłada...
i kiedy się twoje zaczyna a kiedy kończy...
jak widzisz, że osoba przed tobą nie rozdzieliła to połóż ten głupi kawałek plastiku między waszymi zakupami, to naprawdę nie jest takie trudne!
A teraz - ilu z powyższych grzechów klienta się dopuściłeś?
Wydawałoby się - zajęcie, o którym wiele powiedzieć nie można...
Wydawałałoby się... a tu ja... Ja wasza Sklepowa Dejzi wam dzisiaj coś o tym powiem.
Generalnie mi wszystko jedno jak ten towar sobie wykładasz. Mniej ''generalnie'' jest mi wtedy, gdy mi pracę to utrudnia...lubo zwyczajnie na nerw działa ...
1. Ciężkie na początek
- jeśli położyłeś worek kartofli na samym końcu taśmy, to nie oczekuj, że go zeskanuję jako pierwszy... 90% klientów zamiast pakować zakupy stoi i czeka, aż cały towar zeskanuję, żeby zacząć pakowanie od ... leżących na samym końcu kartofli, bo - cytuję - ''te ciężkie na początek pakuję''. Zatem - czy naprawdę jest tak trudno ułożyć je na taśmie ''na początku'' a nie na samym końcu?
a teraz ci bardziej zaawansowani, czyli pozostałe 10% z tej grupy: ''możesz mi najpierw zeskanować ziemniaki?''
i tu ważne: NIE, proszę państwa, NIE MOGĘ SIĘGNĄĆ I ZESKANOWAĆ NAJPIERW WASZYCH KARTOFLI. bo numero uno: są za daleko bym sięgnęła i muszę najpierw zeskanować co jest przy mnie, duo: wystarczyło je położyć na początku taśmy, ja nie jestem od tego, żeby wybierać co wy mi każecie najpierw i przekładać na taśmie wasze produkty.
Wykładając towar zróbcie to sami...
Dodam: gdy tak stoicie i nie pakujecie tego co ja skanuję, tracicie mój czas, wasz czas i czas kogoś kto za wami w kolejce stoi.
Byłoby miło gdybyście zaczęli o tym myśleć i następnym razem , to co chcecie najpierw zapakować, zwyczajnie położyli na taśmie ''najpierw'' a nie ''potem''
logiczne, czy dalej za trudne?
2. Butelki
butelki z napojami alkoholowymi czy też jakimiś innymi kładziemy na taśmie, nie stawiamy. Tak wiem, zajmują więcej miejsca jak się położy, ale jeśli jeszcze nie zauważyłeś, zdarza się dość często, że się przewrócą jak taśma się rusza i zatrzymuje...a stawianie butelek z alkoholem na skraju taśmy, to już naprawdę ryzyko na krawędzi głupoty...
połóż to po prostu.. z dumy ci nie ujmie, honoru nie stracisz a kasjerka wdzięczną ci będzie
3. Wybudujemy wieżę...
Nie układaj towaru dziesięcio-piętrowo, bo jak taśma rusza, najprawdopodobniej, twoja skrupulatnie ułożona wieża , rozjedzie się i połowa wyląduje na podłodze...
A potem marudzisz, że ci się jogurciki popękały i trza wymienić... albo pudełko teraz masz pogięte...no jak jebło na glebę z dziesiątego piętra?!
Jak już koniecznie musisz, bo masz dużo tego, to postaraj się jakoś tak logicznie, jak widzisz, że ''zjeżdża'' jak taśma jest w bezruchu, to z pewnością zjedzie totalnie jak zacznie się przesuwać...
4. a to cieknie, a to się sypie, pobite jajeczka...
drogi kliencie, wybierając towar z półki - czy to jest coś co cieknie, czy się sypie ... czy to mleko, płyn do prania, cukier, mąka czy jaja - czy nie widzisz, że może się sypie lubo cieknie, czy nie zaglądasz czy jajo całe???
nie? ok,rozumiem..
To może jak wykładasz z koszyka na taśmę, to zauważasz, że jednak cieknie, się sypie???że jajko zbite??
też nie?
ale jak ja zeskanuję, to jak wkładać masz do siatki, to nagle ''ta mąka się sypie, może mi ktoś wymienić?'' i nagle podnosisz wieczko i o! jajko zbite... to też trzeba wymienić...
nagle widzisz?! wzrok ci wrócił? rozum też.. teraz dopiero wiesz, że to trzeba było sprawdzić! gratuluję...
no bo jak kładłeś swoją mąkę na taśmę i wielka biała chmura mąki jebła w powietrze przy okazji świniąc ''moją taśmę'' to wzrok ci odjęło i było ok.. teraz nagle nie pasi? bo co? bo reklamówkę ci zabrudzi? Bo nie miałeś czasu podnieść tego wieczka, żeby zobaczyć czy wszystkie jajca są w skorupce nienaruszone... bo teraz butelka z płynem jest niedokręcona, ale cały czas jak łaziłeś po sklepie była ok??
Błagam! Biorąc towar z półki sprawdź czy nie cieknie, czy się nie sypie, czy nie dziurawe, czy to jest takie jak chcesz..
Bo tak, zdarza się, że opakowanie towaru jest trefne...że dziura, że cieknie, że jajca potłuczone...
ale to naprawdę nie jest takie trudne by to zauważyć, zanim ja to zeskanuję... ba! zanim to na taśmę postawisz
Bo wiesz jak to jest.... ty jesteś ślepy a ja wychodzę z założenia, że może ci nie przeszkadza, że się sypie, albo może sam przedziurawiłeś i czujesz moralny obowiązek zakupienia towaru w takim opakowaniu, bo to ty je zniszczyłeś... albo może sobie odkręcałeś płyn i się ulało?? kto wie? ja nie wiem.. ja tu tylko skanuję...
5. Towar na taśmę... wszystko inne w ręku
Nie kładź pieniędzy na taśmie, ani karty płatniczej, ani karty sklepowej, ani niczego innego poza towarem który chcesz zakupić... nie jestem od tego żeby ''łapać'' wasze rzeczy, nie zawsze zauważę, że położyłeś coś tam, a jak wjedzie pod taśmę, to ja tego nie wyciągnę...
bo trzeba całość rozkręcać, mechaników wołać... nie, to ''nie wyleci spod spodu!''
kapisz?
6. Jak popadnie...
użyj logiki - nie kładź wszystkiego jak leci jeśli tak nie lubisz...
walniesz mrożonki na gazetę a potem mówisz do mnie, że gazeta mokra.. i w konsekwencji ''czy mogłabyś mi wymienić''
naprawdę tracę wtedy cierpliwość... to TWOJA WINA, ŻE JEST MOKRA!!!!
7. razem będzie im raźniej...
nie wkładaj do jednego woreczka/reklamówki różnych rzeczy, które są na wagę...
nie pomoże zawiązanie siatki i tonem władczym wszechwiedzącym oznajmienie: '' to zawiązane, żeby nie latało, można zważyć razem''.
Proszę, nie mówi mi jak mam wykonywać swoja pracę.. bo jak WIEM jak to zrobić... i TAK, widze, że zawiązane.
Rozumiem, że to może być bardzo trudne do zrozumienia, ale NIE MOŻNA razem zważyć cebuli z ziemniaczkami, bo to inny produkt, inna cena...
nawet jak je w jednym woreczku mi zapodasz...
ba! nawet ziemniaczek a ziemniaczek inna cenę posiadać może, więc różne rodzaje ziemniaczków też w dwa różne woreczki iśc powinny.
To, że zawiążesz na supełek siatkę naprawdę niczego nie zmieni. Rozedrę ci siatkę, wyciągnę każdy produkt i zważę go osobno...
8. jak to ułożyć... czyli co je twoje, to nie jego...
Stojąc w kolejce układaj swój towar za towarem osoby, która jest przed tobą...
im bliżej tym lepiej, bo dzięki temu ktoś, kto stoi za tobą będzie miał miejsce na wyłożenie swoich rzeczy...
i tu ważne: na litość boską: używaj separatora, czy tam jak tam się to nazywa po polsku.
Bo potem ja skanuję jak leci i nagle słyszę ''a to moje jest!'' ...
a skąd mam ja wiedzieć jak leży centymetr od siebie??? nie zawsze patrzę co kto wykłada...
i kiedy się twoje zaczyna a kiedy kończy...
jak widzisz, że osoba przed tobą nie rozdzieliła to połóż ten głupi kawałek plastiku między waszymi zakupami, to naprawdę nie jest takie trudne!
A teraz - ilu z powyższych grzechów klienta się dopuściłeś?
13 października 2015
życzenia od Dejzi...
zdenerwowała mnie taka jedna... taka co to myśli, że śmietnik to ozdoba pokoju a śmieci się rzuca na podłogę... a ja jestem od tego by to podnosić.
do swojego chłopa narzekam i złośliwościami daję:
- no naprawdę, co za babsztyl, żeby jej tak zarosła..no wiesz co! i żeby ją tak dupa swędziała cały czas, żeby jej się chciało a każdemu na jej widok opadał, żeby jej tak stado przelatujących patków gniazdo z gówna na łebie zrobiło, żeby... żeby tak.....(szukam dalej w głowie odpowiednich życzeń)...chwila ciszy...
- żeby tak się.... osrała...
wciął się dumnie w mój wywód, w pełnym zrozumieniu mojej frustracji
to się nazywa wsparcie :P
do swojego chłopa narzekam i złośliwościami daję:
- no naprawdę, co za babsztyl, żeby jej tak zarosła..no wiesz co! i żeby ją tak dupa swędziała cały czas, żeby jej się chciało a każdemu na jej widok opadał, żeby jej tak stado przelatujących patków gniazdo z gówna na łebie zrobiło, żeby... żeby tak.....(szukam dalej w głowie odpowiednich życzeń)...chwila ciszy...
- żeby tak się.... osrała...
wciął się dumnie w mój wywód, w pełnym zrozumieniu mojej frustracji
to się nazywa wsparcie :P
12 lipca 2015
Jestem kasjerką - a pan myśli, że mi gorzej...
Jestem kasjerką w supermarkecie. Prawie każdego dnia zdarzają się ciekawe , czasem śmieszne, czasem mniej zabawne historie.
Czasami traktuję to wszystko z przymrużeniem oka, czasem mam ochotę strzelić facepalm, złapać się za głowę, zapytać ''kurwa, really?'', czasem mam ochotę wstać i wyjść, a czasem zwyczajnie mam ochotę zacząć się śmiać...
Czasem mnie irytuje brak zrozumienia przez klienta, że są rzeczy których się nie da zrobić, przyspieszyć, ominąć, że niemożliwe jest niemożliwe a cudów nie sprzedaję. Nie dociera, że jest sklepowa polisa i ja jej przestrzegać muszę, bo mnie z pracy wywala, że są zasady i dla mnie i dla klienta i tymi wytycznymi się kieruję...
Czasem trzeba klientowi przypomnieć, żeby przestał mylić ''usługę'' z ''usługującym''..
bo niestety wielu ludzi wciąż nie rozumie, że ja na kasie nie jestem po to, by na te kilka minut zostać ich prywatną służącą, która zeskanuje, zapakuje i pocałuje w dupę na dowidzenia, lecz jestem tam po to,by wykonać pewną usługę - zeskanować towar, pobrać opłatę za towar, uśmiechnąć się kilka razy uprzejmiaście, zapytać czy wsio ok, wydać resztę, podać rachuneczek i miłego dnia, zapraszamy ponownie...
Nie jestem po to by państwo se koszyczek na taśmę postawili a ja mam go wykładac,
ani po to, że państwo mi siateczki rzucą i ja mam zapakować co se nakupili, a państwo zajęte akurat na telefonie - pewnie papież dzwoni nie mają wolnych rynców, żeby ryncami wkładać do siatki co se kupili;
ani po to, żeby państwo mi mówiło, że ceny w sklepie są za wysokie, bo chyba państwo wiedzą, że ja cen nie ustalam,
ani po to, żeby państwo do mnie mówiło, że ''o... to pudełko jest pogięte, może pani mi pójdzie wymieni''..bo pani nie pójdzie, bo pani musi zostać przy kasie, pudełko się pogięło, bo na nie worek kartofli się rzuciło.
Nie jestem złośliwa... nie jestem niemiła... nie jestem chamska...
po prostu jestem kasjerką a nie waszym prywatnym workiem do wyżywania własnych frustracji.
a teraz do sedna sprawy...
Drogie Państwo (przez ''państwo'' zwracam się do wszystkich, którzy myślą podobnie jak osobnik z historii poniżej)
Obsługiwałam niedawno panią, która była lekko nie w sosie, świat jej akurat tego dnia nie odpowiadał, ja na tym świecie też nie byłam godna jej standardów... wszystko było źle, nawet to, że nie straciłam cierpliwości i z uśmiechem dalej do niej... bo w końcu czuła, że się z niej śmieję..
jak już sobie poszła, klient, który stał za nią nagle zaczął na moje ręce składać prawieże kondolencje z powodu mojego biednego losu...
na początku brzmiało ok, że niesprawiedliwa pani była, że niegrzeczna..
- zdarza się, ale nieważne, jak tam tobie mija dzień, wszystko dobrze? - pytam, bo staram się ominąć temat, bo po pierwsze nieładnie psioczyć na klienta, po drugie, może miała okres, po trzecie i najważniejsze - wisi mi to, jutro nawet jej nie będę pamiętać...
ale facet się nie poddaje.. zaczyna mi tu wywodzić, jaki ja to mam ciężki los, jak ja się tu męczyć muszę, że pewnie mi mało płacą a tu taka męcząca robota, że niewdzięczna, że ludzie niedobrzy, że generalnie - jak ja to mam strasznie w ogóle tak, generalnie gorzej być nie może...
I mam ochotę wtedy powiedzieć - weź pan zamknij japę, bo co pan o mnie wiesz?
Patrzy taki na mnie z politowaniem, dziwnym wrażeniem odbieram to, że jego współczucie względem mojej osoby wynika z jego wyższości.. że jemu się zdaje, że ma lepiej, ja gorzej.. że mnie na więcej nie stać, że o biedna, niedouczona ja, ba na dodatek obcokrajowiec, przyjechała bidula i na kasie siedzi... bo co ona może więcej - tylko się z tymi ludźmi tak męczyć...
a może ja lubię? może lubię siedzieć na tej kasie, pikać -pik, pik... uśmiechać się, gadać ze staruszką o trzech sztukach kiwi które se kupiła, albo uśmiechnąć się przyjaźnie do kobitki, która przyszła z wnukiem i nie omieszkała się pochwalić jaki on dobry jest i jej pomaga, albo jednym zdaniem tak pół żartem wesprzeć młodą mamę, która przyszła z maluchem na zakupy a dzidziuś zdecydował, że zacznie się drzeć na cały sklep właśnie teraz i nieustannie, a ona biedna zawstydzona, przepraszająco... klienci sapią w kolejce, a ja uśmiecham się, spokojnie, pomagam spakować i nie pozwalam się stresować a tym co przewracja oczami przypominam, że ich mamusie kiedyś też tak stały z wózkami w sklepie a oni się darli na całe gardło i pewnie ich mama dzisiaj nie jedną historię o tym by mogła opowiedzieć...
Może mi nie przeszkadza, że raz na jakiś czas się trafi maruda, czy jędza... że może ja lubię sobie tak z różnymi ludźmi na codzień? Bo nie z każdym ale z wieloma klientami da się pogadać, pożartować, coś ciekawego dowiedzieć, jakąś śmieszną historię usłyszeć...
Czy ci człowieku przyszło do głowy, że ja siedzę za tą kasą bo lubię, a nie za karę???
Przecież mam prawo do tego, żeby lubić to co robię, nawet jeśli w twojej opini moja praca ma niski status społeczny i jawi się jako beznadziejnie, nudne i najgorsze co moze być , i w ogóle ''kasjerką być to wstyd''
Może ja się nie wstydzę, a wręcz przeciwnie, całkiem dumnie nosze swój uniform?
Może nie jestem stworzona by zaliczać kolejne fakultety i budować statki kosmiczne? Mamy prawo nie mieć ekscentrycznej, oryginalnej pasji, marzeń o milionowej willi i samochodzie Jamesa Bonda...
Może mi wystarcza moja pensja by godnie żyć i czuć się szczęśliwą, by dzieli czas między dom, prace, przyjaciół i daje mi to więcej spełnienia niż bycie dyrektorem wielkiej korporacji... może ja zwyczajnie nie mam ambicji na więcej bo dla mnie to jest wystarczające i czuję , że się spełniam...
Trudno uwierzyć ? Trudno...
Bo to takie zacofanie i taki stereotyp, że sprzątaczka, ze kasjerka, że to taki niski element społecznościowy nie godny by między jaśnie państwem być... to takie gorsze i tylko dla tych co się nie uczyli, lubo głupia bida tylko tak robi...
Ale państwo nie wie, że pan którego mijam co piątek, koło windy gdy kończę pracę, bo on akurat zamiata tam w tym samym czasie, wykonuje swój zawód z taką pasją, z takim uśmiechem i tryska taką pozytywną energią, że mam wrażenie, że jestem świadkiem jakiegoś niezwykłego wydarzenia.. jakby te śmieci za chwilę miały się w złoto zamienić i to go tak cieszy..
a on idzie, gwiżdże sobie, podśpiewuje, zamiata, uśmiecha się i mówi ''miłego wieczoru, widzimy się za tydzień'' ... i tak po kilku tygodniach spotykania się przy windzie, teraz co piątek zamieniamy kilka zdań ... i na dzień dzisiejszy już wiem, że podejścia do życia i zadowolenia, energii, ciepła i radości mógłby mu pozazdrościć niejeden zblazowany i zapatrzony w swoją ''zacną pozycję'' menedżer z wielką, iście jak jego frustracja, pensją.
Miło by było, gdybyście drogie państwo przestali patrzeć na mnie z góry, ze współczuciem. Jak siedzę na tej dla was takiej upokarzającej kasie, to zamiast gadania o tym jak to mi niby źle, poczęstujcie mnie zwykłym uśmiechem i ''dzień dobry''.... spakujcie swoje zakupy i życzcie mi miłego dnia , jak i ja wam życzę, nie częstujcie mnie waszymi pełnymi uprzedzeń słowami ''jaką masz ciężką i słabą pracę''
Bo naprawdę... gdyby mi było tak źle, to by mnie tu nie było...
Wbrew temu co wam się wydaje, jestem tu bo lubie...
Nie każda kasjerka robi to co robi, bo nie stać ja na nic innego...
koniec kropka...
Jestem kasjerką w supermarkecie i lubię to.
pik, pik, pik, pik...
Czasami traktuję to wszystko z przymrużeniem oka, czasem mam ochotę strzelić facepalm, złapać się za głowę, zapytać ''kurwa, really?'', czasem mam ochotę wstać i wyjść, a czasem zwyczajnie mam ochotę zacząć się śmiać...
Czasem mnie irytuje brak zrozumienia przez klienta, że są rzeczy których się nie da zrobić, przyspieszyć, ominąć, że niemożliwe jest niemożliwe a cudów nie sprzedaję. Nie dociera, że jest sklepowa polisa i ja jej przestrzegać muszę, bo mnie z pracy wywala, że są zasady i dla mnie i dla klienta i tymi wytycznymi się kieruję...
Czasem trzeba klientowi przypomnieć, żeby przestał mylić ''usługę'' z ''usługującym''..
bo niestety wielu ludzi wciąż nie rozumie, że ja na kasie nie jestem po to, by na te kilka minut zostać ich prywatną służącą, która zeskanuje, zapakuje i pocałuje w dupę na dowidzenia, lecz jestem tam po to,by wykonać pewną usługę - zeskanować towar, pobrać opłatę za towar, uśmiechnąć się kilka razy uprzejmiaście, zapytać czy wsio ok, wydać resztę, podać rachuneczek i miłego dnia, zapraszamy ponownie...
Nie jestem po to by państwo se koszyczek na taśmę postawili a ja mam go wykładac,
ani po to, że państwo mi siateczki rzucą i ja mam zapakować co se nakupili, a państwo zajęte akurat na telefonie - pewnie papież dzwoni nie mają wolnych rynców, żeby ryncami wkładać do siatki co se kupili;
ani po to, żeby państwo mi mówiło, że ceny w sklepie są za wysokie, bo chyba państwo wiedzą, że ja cen nie ustalam,
ani po to, żeby państwo do mnie mówiło, że ''o... to pudełko jest pogięte, może pani mi pójdzie wymieni''..bo pani nie pójdzie, bo pani musi zostać przy kasie, pudełko się pogięło, bo na nie worek kartofli się rzuciło.
Nie jestem złośliwa... nie jestem niemiła... nie jestem chamska...
po prostu jestem kasjerką a nie waszym prywatnym workiem do wyżywania własnych frustracji.
a teraz do sedna sprawy...
Drogie Państwo (przez ''państwo'' zwracam się do wszystkich, którzy myślą podobnie jak osobnik z historii poniżej)
Obsługiwałam niedawno panią, która była lekko nie w sosie, świat jej akurat tego dnia nie odpowiadał, ja na tym świecie też nie byłam godna jej standardów... wszystko było źle, nawet to, że nie straciłam cierpliwości i z uśmiechem dalej do niej... bo w końcu czuła, że się z niej śmieję..
jak już sobie poszła, klient, który stał za nią nagle zaczął na moje ręce składać prawieże kondolencje z powodu mojego biednego losu...
na początku brzmiało ok, że niesprawiedliwa pani była, że niegrzeczna..
- zdarza się, ale nieważne, jak tam tobie mija dzień, wszystko dobrze? - pytam, bo staram się ominąć temat, bo po pierwsze nieładnie psioczyć na klienta, po drugie, może miała okres, po trzecie i najważniejsze - wisi mi to, jutro nawet jej nie będę pamiętać...
ale facet się nie poddaje.. zaczyna mi tu wywodzić, jaki ja to mam ciężki los, jak ja się tu męczyć muszę, że pewnie mi mało płacą a tu taka męcząca robota, że niewdzięczna, że ludzie niedobrzy, że generalnie - jak ja to mam strasznie w ogóle tak, generalnie gorzej być nie może...
I mam ochotę wtedy powiedzieć - weź pan zamknij japę, bo co pan o mnie wiesz?
Patrzy taki na mnie z politowaniem, dziwnym wrażeniem odbieram to, że jego współczucie względem mojej osoby wynika z jego wyższości.. że jemu się zdaje, że ma lepiej, ja gorzej.. że mnie na więcej nie stać, że o biedna, niedouczona ja, ba na dodatek obcokrajowiec, przyjechała bidula i na kasie siedzi... bo co ona może więcej - tylko się z tymi ludźmi tak męczyć...
a może ja lubię? może lubię siedzieć na tej kasie, pikać -pik, pik... uśmiechać się, gadać ze staruszką o trzech sztukach kiwi które se kupiła, albo uśmiechnąć się przyjaźnie do kobitki, która przyszła z wnukiem i nie omieszkała się pochwalić jaki on dobry jest i jej pomaga, albo jednym zdaniem tak pół żartem wesprzeć młodą mamę, która przyszła z maluchem na zakupy a dzidziuś zdecydował, że zacznie się drzeć na cały sklep właśnie teraz i nieustannie, a ona biedna zawstydzona, przepraszająco... klienci sapią w kolejce, a ja uśmiecham się, spokojnie, pomagam spakować i nie pozwalam się stresować a tym co przewracja oczami przypominam, że ich mamusie kiedyś też tak stały z wózkami w sklepie a oni się darli na całe gardło i pewnie ich mama dzisiaj nie jedną historię o tym by mogła opowiedzieć...
Może mi nie przeszkadza, że raz na jakiś czas się trafi maruda, czy jędza... że może ja lubię sobie tak z różnymi ludźmi na codzień? Bo nie z każdym ale z wieloma klientami da się pogadać, pożartować, coś ciekawego dowiedzieć, jakąś śmieszną historię usłyszeć...
Czy ci człowieku przyszło do głowy, że ja siedzę za tą kasą bo lubię, a nie za karę???
Przecież mam prawo do tego, żeby lubić to co robię, nawet jeśli w twojej opini moja praca ma niski status społeczny i jawi się jako beznadziejnie, nudne i najgorsze co moze być , i w ogóle ''kasjerką być to wstyd''
Może ja się nie wstydzę, a wręcz przeciwnie, całkiem dumnie nosze swój uniform?
Może nie jestem stworzona by zaliczać kolejne fakultety i budować statki kosmiczne? Mamy prawo nie mieć ekscentrycznej, oryginalnej pasji, marzeń o milionowej willi i samochodzie Jamesa Bonda...
Może mi wystarcza moja pensja by godnie żyć i czuć się szczęśliwą, by dzieli czas między dom, prace, przyjaciół i daje mi to więcej spełnienia niż bycie dyrektorem wielkiej korporacji... może ja zwyczajnie nie mam ambicji na więcej bo dla mnie to jest wystarczające i czuję , że się spełniam...
Trudno uwierzyć ? Trudno...
Bo to takie zacofanie i taki stereotyp, że sprzątaczka, ze kasjerka, że to taki niski element społecznościowy nie godny by między jaśnie państwem być... to takie gorsze i tylko dla tych co się nie uczyli, lubo głupia bida tylko tak robi...
Ale państwo nie wie, że pan którego mijam co piątek, koło windy gdy kończę pracę, bo on akurat zamiata tam w tym samym czasie, wykonuje swój zawód z taką pasją, z takim uśmiechem i tryska taką pozytywną energią, że mam wrażenie, że jestem świadkiem jakiegoś niezwykłego wydarzenia.. jakby te śmieci za chwilę miały się w złoto zamienić i to go tak cieszy..
a on idzie, gwiżdże sobie, podśpiewuje, zamiata, uśmiecha się i mówi ''miłego wieczoru, widzimy się za tydzień'' ... i tak po kilku tygodniach spotykania się przy windzie, teraz co piątek zamieniamy kilka zdań ... i na dzień dzisiejszy już wiem, że podejścia do życia i zadowolenia, energii, ciepła i radości mógłby mu pozazdrościć niejeden zblazowany i zapatrzony w swoją ''zacną pozycję'' menedżer z wielką, iście jak jego frustracja, pensją.
Miło by było, gdybyście drogie państwo przestali patrzeć na mnie z góry, ze współczuciem. Jak siedzę na tej dla was takiej upokarzającej kasie, to zamiast gadania o tym jak to mi niby źle, poczęstujcie mnie zwykłym uśmiechem i ''dzień dobry''.... spakujcie swoje zakupy i życzcie mi miłego dnia , jak i ja wam życzę, nie częstujcie mnie waszymi pełnymi uprzedzeń słowami ''jaką masz ciężką i słabą pracę''
Bo naprawdę... gdyby mi było tak źle, to by mnie tu nie było...
Wbrew temu co wam się wydaje, jestem tu bo lubie...
Nie każda kasjerka robi to co robi, bo nie stać ja na nic innego...
koniec kropka...
Jestem kasjerką w supermarkecie i lubię to.
pik, pik, pik, pik...
7 czerwca 2015
to se pojade...
Nudzi mi się...
jak mi się nudzi to mi się nie chce żeby mi sie nudziło...
dumam, dumam...
i wydumałam, że gdzieś se pojade...
to se pojechałam..
Kingsgate Bay/ UK
Ładnie tam
jak mi się nudzi to mi się nie chce żeby mi sie nudziło...
dumam, dumam...
i wydumałam, że gdzieś se pojade...
to se pojechałam..
Kingsgate Bay/ UK
Ładnie tam
a na koniec podróży WIEEEEEELKI deser lodowy :P
i to by było na tyle dziś...
Subskrybuj:
Posty (Atom)











