Dziś choruję jak prawdziwy facet.....
ech, nie lubam chorować...
mężuś weekendowo wolny, więc na szczęście nie muszę doopy z wyra podnosic... postanowiłam choć jeden dzień oddać sie w pełni chorobie...
wygrzałam się w wyrku, nasmarowałam jakimis vickami czy tam czym, co by mnie inhalowało i tam cos tam, zjadłam garść tabletek zaczynając głównie od przeciwbólowych, bo łepetyna mi pęka, poprzez jakiś leczniczo- antygrypowe, do tego witaminy... i leżę...
dla odmiany dziś mi z nosa kapie
może to i lepiej, niech wykapie wszystko i już spada, bo nerwa mam strasznego przy chorowaniu...
trochę przypał zrobiłam, i pomimo chwilowego przypływu energi (chyba działanie leków) udaje cierpiąca na całej linii.. a mój jaśnie szanowny ten tego mąż, z przymusu bawi się w pielęgniarza domowego...
ja, chora, ale się drę
-misiuuuuuuuuuuuuuuu!
leci misiu, słyszę, że leci
-co tam kochanie?
- przynieś mi wody proszę, z soczkiem malinowym
- dobrze...
poleciał misiu, przynióśł pić, a za pięc minut:
-misiuuuuuuuuuu!
- co tam kochanie?
- zrobiłbysmi kanapeczke, malutka taka, dobrze?, jakas głodna jestem...
- dobrze, coś jeszcze ci trzeba?
-nie, dziękuję...
zrobił misiu kanapeczkę, a za pięć minut:
- misiuuuuuuuuuuuuuuuuuu!
-cooooo?
-a rozrobiłbyś mi może wapno, może mi co pomoże?
-dobrze, za chwilkę, gary wstawiam do zmywarki...
-no dobrze, ja poczekam.....
przyniósł misio wapno, a za pięc minut:
- misiuuuuuuuuuuuuuuu!
-nooo?
- podaj mi tabletki od gardła, proszę, tu na biurku leżą...
- a nie mogłaś sama sobie wziąc, tylko dwa kroki masz...
- ale kochanie, chora jestem, nie mam siły, no dobrze, sama sobie wstane i wezmę...
- jak juz jestem to ci podam...
podał misio tabletki, a za pięć minut:
- misiuuuuuuuuuuuu!
-czego?
- jakiś zdenerwowany jesteś, czy mi sie zdaje?
-nie, tylko tak mnie co pięc minut wołasz, a ja tam w kuchni mam zajęcie, sprzątam, gotuję, dzieckiem się zajmuję..
-naprawdę? -pytam rozbawiona już prawie do łez widokiem jego udręczonej miny- ja kochanie po prostu chciałam ci pokazać , jak zachowuje się prawdziwy mężczyzna podczas choroby, taki macho co siły nie ma żeby z łóżka wstac, ale drzeć się na całe gardło i marudzić, to i owszem...
- bardzo śmieszne- naburmuszył się Pan Domu- do garów kobieto!
-o nie! chora jestem...
podszedł by mnie przytlulić...
ale wygoniłam go z wyra, bo mi tu udowadniac chce, jaki on to maczo, a na tarzanie w prześcieradłach to ja ochoty nie mam... niech idzie gotować, bo głodna jestem... do tego jak sie biedak zarazi, to mi większe piekło zgotuje... miedzy jednym a drugim ''misuuuuuuuu'' to odstep 2 minutowy bedzie...
20 września 2009
19 września 2009
choroba
proszę zachowac szczególną ostrożność podczas czytania- grozi zarażeniem
jak to możliwe by położyć się spac zdrowym a obudzić chorym?
no, moze nie do konca tak bardzo zdrowym się połozyć, bo coś mnie juz tam drapało i denerwowało w gardle, ale żeby zaraz aż tak?
wczoraj człowiekowi się wydawało,że bedzie dobrze- a dziś budze się z bólami : głowa, gardło; nos zawalony jakby kto mi jaki mur w nocy tam w środku wybudował, albo jakiego cementu nalał, bo wysmarkać sie nie mogę; kicham jak najeta rozsiewajac jakaś zarazę po domu... oby mi się tylko towarzycho nie rozchorowało , bo jak mi się mój stary zagrypi to ja pierdziu- jęki , marudzenie i totalne biadolenie.. Nieletnia znosi choroby cierpliwie, dzielna dziewczyna
ale mam nadzieję,że całe cholerstwo zostanie we mnie i się nie bedzie rozłazić po domu...
no i apetyt mam koński, jak to zwykle mam przychorobie- zjadłabym wszystko- i tłumacze obżarstwo faktem,ze organizm sie musi bronić , mieć siłe by zwalczyć chorobe, a jak ma mieć te siły? duuuuzo żarcia trza mu dać...
gardło mnie boli.. buuuuuu...
ide spać
jak to możliwe by położyć się spac zdrowym a obudzić chorym?
no, moze nie do konca tak bardzo zdrowym się połozyć, bo coś mnie juz tam drapało i denerwowało w gardle, ale żeby zaraz aż tak?
wczoraj człowiekowi się wydawało,że bedzie dobrze- a dziś budze się z bólami : głowa, gardło; nos zawalony jakby kto mi jaki mur w nocy tam w środku wybudował, albo jakiego cementu nalał, bo wysmarkać sie nie mogę; kicham jak najeta rozsiewajac jakaś zarazę po domu... oby mi się tylko towarzycho nie rozchorowało , bo jak mi się mój stary zagrypi to ja pierdziu- jęki , marudzenie i totalne biadolenie.. Nieletnia znosi choroby cierpliwie, dzielna dziewczyna
ale mam nadzieję,że całe cholerstwo zostanie we mnie i się nie bedzie rozłazić po domu...
no i apetyt mam koński, jak to zwykle mam przychorobie- zjadłabym wszystko- i tłumacze obżarstwo faktem,ze organizm sie musi bronić , mieć siłe by zwalczyć chorobe, a jak ma mieć te siły? duuuuzo żarcia trza mu dać...
gardło mnie boli.. buuuuuu...
ide spać
7 września 2009
Rozważania wrześniowe
zasiadam wieczorowa pora do pisania. obawiam się tylko ,ze nie mam nic mądrego do zaoferowania.
rozważam zatem swoje nędzne postępowanie. wymierzę sobie kare, za znęcanie się nad swoim ciałem... bo jak inaczej nazwać moje diety i obżarstwo naprzemienne...
nie mam już do siebie cierpliwości. postanawiam zatem oddać się psychoanalizie własnej.
jak to zazwyczaj bywa mówię sobie o tym co zrobiłam źle. żalę się na swoją głupotę i niekonsekwencję działań. przypominam własnej głowie,ze jest słaba, a ciału,że mało uległe i za cwane się zrobiło.
w odpowiedzi słyszę, pytanie, co z tym zrobić?
ano, co? dumam...
moja psychiczna (psychiatryczna?) część mej osobowości podsuwa odpowiedzi.
może warto by było sporządzić listę, tego co dobrze mi wyszło i tego co marnie. notować codzienne spożycie kaloryczne, powoli wyrzucać z jadłospisu to co prowadzi mnie na złą drogę. może warto wrócić na siłownie, chociaż to wcale nie wymagane, na początek można pół godzinki dziennie w domu poćwiczyć, zawsze można w garażu poskakać na skakance, jak również pobiegać po schodach, mieszkam na drugim piętrze, można by tak sobie polatać, od wejściowych do wyjściowych i na odwrót... można...
można zamienić, ''nie mogę'', '' nie umiem'' na pozytywne ''uda mi się'', ''jestem przecież silna , piękna, mądra i wogóle wspaniała,że hej''
można przestać narzekać i skoro się coś nie podoba to po prostu to zmienić...
siadam przed lustrem i myślę sobie,że ta psychiczna ja , to mądrzejsza od tej normalnej. ta normalna to jakaś porąbana, nie wie co robi, i zazwyczaj same głupoty.
zgadzam się z psychiczną, ostatnio zbyt wiele czasu poświęciłam na słowo ''jutro'' jak i na narzekania,że nie dam rady, nie mogę, nie wiem, nie wychodzi mi...
psychiczna wie,ze tylko ciężką pracą jestem stanie osiągnąć sukces, nikt nie zrobi tego za mnie...
nie wiem, na jak długo psychiczna zostanie w mojej głowie, zapewne dopóki nie rzucę się na kolejna czekoladę, i zagłuszę jej mądrości , normalnej zwykłym usprawiedliwieniem-że mam słabą silną wolę...
co za bzdura, ale jak pięknie brzmi, jak gładko przechodzi przez usta, jak łatwo rozgrzesza każdy mój występek....
nie ma.. a figę.. uda mi się... bo mam za sobą wiele więcej niż przed sobą, to nie jest takie trudne... tylko trzeba wziąć się w garść....
31 sierpnia 2009
Założenia
Założenia
Z założenia wychodzę ,że świat nie kręci sie wokól mnie, a bym chciała.
bom jest próżna i zadufana w sobie, bo domagam się uwagi...
ot i taka prawda. chce być podziwiana i adorowana, choćby za sposób w jaki gotuje ,lub sprzątam mieszkanie, docenienie tego faktu czynie mnie ważną i potrzebną temu światu
Z założenia wychodzę,że najbardziej liczy się w człowieku piękno wewnętrzne, aczkolwiek istotna jest powierzchowność. Jakkolwiek, ktokolwiek by temu zaprzeczał, liczy się dla nas jak kto wygląda, jak się ubiera, jak się zachowuje, bądź jak pachnie
Z załóżenia wychodze, że jestem wariatem, wszak tylko wariat wie,ze jest nienormalny, no i czym jest normalność?
siadam sama ze sobą i prowadze długie filozoficzne rozmowy, mądrzy ludzie nie mówią do siebie, a już z pewnościa nie psychologiczno- filozoficznie. tacy udaja się do specjalistów, by ci rozwiązywali ich problemy. wnoskuje zatem ,że albo jestem psychiczna, albo psychiatra
Z założenia wychodze,że normalność jest czymś nieosiagalnym , gdy jest sie mną, jednakże posiadam pewne cechy normalnych osobników...
choć jeszcze nie wiem jak sprecyzować normalność, uznaje ,że budzenie się na dźwięk budzika, nie rozmawianie z obcymi, obgadywanie sąsiadów, pospolita zazdroścć gdy komuś lepiej, unikanie spojrzeń ludzi np w srodkach publicznego transporu, ciągłe narzekanie i raczej nieustanne niezadowolenie z tego co się ma, czyni mnie podobna do wielu, i to podobieństwo z innymi tez jest normalne, choc każdy uważa się za wyjątkowego......
Z założenia wychodzę,że każdy jest zdolny do miłości, jedni do tej szalonej inni statecznej i uporządkowanej, z zasadami i regułami , których pojąc nie umiem. każdy kocha na swój sposób, a miłość jest inna na różne sposoby. kochać umiem jedynie na swój sposób i winę za błędy zwalam na rodziców, którzy miłości uczyli mnie innej, tak innej ,że mieniła się na różne kolory- w szczególności zaczynając od fioletu, potem były różne odcienie żółci, aż bladła i zlewała sie z biała moją cerą. miłość brzmiała muzycznie w mych uszach, dzwonek kieliszka, echo dna butelki, dzwięczne podniesienie głosu przeradzające się w lekki jęk zranionego zwierzęcia. miłość ulewała się z kielicha żalem i tęsknota za niewiadomo czym, i była trwała... trwała wiecznie... nieustannie plątała się pomiędzy pięściami a kłamstwem.
ja tez kocham , choć widocznie za mało, bo nie umiałabym związać jej w ciasny worek nieporozumień, bólu i upokorzeń. moja miłość jest inna, prostsza, składa się z pocałunku na dzień dobry, spontanicznego uśmiechu, szczerości wyznań, spokoju sumienia, braku tajemnic, zaufania. nie wyrzekam się siebie, ani swej godności, nie znoszę upokorzeń, ani batów braku uszanowania, nie błagam o nic, ani nie jestem błagana, nie wykrzykuję racji , a racje są słyszane... łatwo mi tak kochać, łatwo mi być kochaną...
Z założenia wychodzę ,że nic nie trwa wiecznie, a z rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej, dlatego nie biorę niczego za pewność jutra. ciesze się tym co mam, i modlę o następny dzień z tym co mam, albo lepiej,żeby było tego więcej... a najlepiej jakby więcej pieniędzy było, bo choć zapominamy o rozwoju duchowym, nie zapominamy o rozwoju konta.
pieniądze szczęścia nie dają, ale w szczęściu pomagają
Z założenia wychodzę,ze się mylę, co do świata i ludzi, co do rządzących i co do Boga, lub boga- muszę tak założyć, bo gdybym wierzyła w co myślę, uznałabym ,że Bóg jest idiotą.. ale skoro On wie wszystko, wie również, że tworząc mnie spotkałby się z taką opinią, więc czy to przypadek,ze stwierdzam,że Bóg nie wie co czyni, czy też chciał, bym to światu przekazała? czy też powinnam przestać już pić to wino i położyć się spać...
z założenia wychodzę,że jestem, po prostu jestem... a to jaka jestem nie ma znaczenia, ludzie widzą twarz, i już nie próbuje mówić i opowiadać im o sobie, bo wychodzi,że się żalę, a jak mam inne zdanie,że się mądrzę, a jak mam inny wygląd, że jestem odmieńcem, a jak się nie zgadzam,że jestem kontrowersyjna, a jak przytakuję, że nie mam własnego zdania, a jak nie patrzę w oczy , że kłamię, a jak patrze w oczy,że się gapię...
jestem...
i już właściwie mnie nie ma, bo idę stąd, w sensie, z pokoju ... w salonie siedzi moja normalność, ktoś kto umie mnie czytać, choć brak jakich kolwiek słów.. idę , bo słyszę śmiech, i chcę by rozbrzmiewał nie tylko w salonie ale i w moich uszach... takie dźwięki mi towarzyszą... spokojnego domu, szacunku, godności, wyrozumiałości... we wszystko się wplata duża dawka poczucia humoru..
nie pragnę więcej...
27 sierpnia 2009
Nieład
22 sierpnia 2009
Niedbałość myśli
W związku z panującą wewnątrz mnie frustracją postanowiłam otworzyć swoje zapiski wątkowe, by móc oddać tę część siebie , która mnie gnębi. Nietety, moja wylewność skończyła się na zdaniu – niedbałość myśli i nastąpiła pustka emocjonalna i twórcza.
Następnie wytępuje cisza, a po ciszy przychodzi kręcenie się w kółko na fotelu, fotel lekko piszczy i trzeszczy więc ciszę przerywa.
Wydęłam wargi niczym rozkapryszona dziewczynka, i dumam nad sensem klikanych słów. Sensu nie widzę...
Gapię się w zawieszony nad biurkiem obraz i grymaszę, za blisko mych oczu wisi i denerwują mnie jego niedociągnięcia... musze popracować nad techniką, bo coś kiepsko mi ostanio to malowanie wychodzi...
piję colę i złoszczę się,że puszka prawie pusta, pić mi sie chce, ale wstawac nie... a do kuchni trzeba przejśc przez cały korytarz i salon jeszcze... za daleko...
wrzeszczę zatem do oglądającego telewizję w salonie( przeciez bliżej jest kuchni niż ja) co by mi tej coli przyniosło... może jak się napiję to mi bąbelki mózg ożywią, bo cos jakoś mi nie idzie myślowo...
losie, jak to dobrze nie być samotnym, przyniosło mi moje szczęście colę, podziękowałam , otworzyłam, napiłam się, kręce się na fotelu...
zważyłam sie dziś rano, nic nowego - co ranek sie waże, po co? nie mam pojęcia, chyba żeby uwidocznić własą porażkę... aczkolwiek dzisiaj miła niespodzianka...
no i rozmowa z NIM
- ważysz się?
- no (odpowiadam dość inteligentnie na inteligentne pytanie)
- i?
-e, wiesz , różnie, waga mi skacze
- to może ją przyklej
- no
i wyszłam, i poszłam , i namalowałam ten obraz co teraz wisi nad biurkiem i mnie denerwuje.. ładny jest, ale nie tak ładny jak bym chciała.. i mnie wkurza,że wisi taki bezczelny w swej niedoskonałości... ale pasuje do wnętrza tego pokoju, bo tu wszędzie niedoskonałość....
Wczoraj było matki boskiej pieniężnej. Wypłata- radonsa chwila, człowiek wie za co sobie nerwy zżera...
zatankowałam samochód, wypełniłam lodówke i odłożyłam resztę w kopertę... składam na nowe meble do salonu...
męża mam opornego na nowosci, albo raczej na wydawanie pieniedzy jak nie ma takiej porzeby
( "przecież, kochanie, mamy meble w salonie!"
"no mamy ale nie takie jak bym chciała"
''ale przecież to ty je kupowałaś"
''oj tam, kupowałam, nie kupowałam, co za różnica, brzydkie są i już'' )
No to mi się marzą te nowe meble, ale w tym momencie nam sie marzenia rozmijają, a jemu raczej przychodzi chęc na podanie mi młotka ,żebym sobie wybiła z głowy jakiekolwiek meble do jakiejkolwiek cześci naszego mieszkania.
Ale ,że mój mąż seks lubi to się w końcu zgodził...
No i stoją mebelki, i czekaja skręcenia ich do kupy...
No i powinnam się cieszyć , prawda?
ale jednak nie..
bo panuje we mnie ogóle oburzenie! bo ja chciałam jeszcze sobie stół barowy kupić.. i był ... taki jak trzeba... i owszem, cena przystępna... ale krzeseł nie było.. no to szukam, jakie by tam pasowały, i patrzą SĄ... idelne, lecę, biegnę, oglądam, mlaskam, klaskam, uśmiecham się ,przymierzam, siadam, wstaję... i patrzę na cenę i mnie trafia szlag....
krzesło kosztuje prawie tyle samo co stół... a przecież mi trzeba tych krzeseł sztuk 4... posyłam błagalne spojrzenie na ślubnego, ale jedyne co widze to jego plecy... on już widział cene i oddala się, by zachować bezpieczny dystans między mną, krzesłem, moim błaganiem, a możliwościami portfela... no i wiem,ze nie ma szans na te krzesła... a żadne inne mi sie juz nie podobają, no bo tak jest,że jak mi coś wpadnie w oko , to trudno potem jakis zastępczy prosukt znaleźć....
posmęciałm się jeszcze chwilę po sklepie i pełna frustracji opuściłam buynek...
optymisztycznie nastroiły mnie meble zakupione, zdruzgotały niezakupione... no i jakby tego było mało, kupiłam sobie komplet kieliszków koktajlowych ( w końcu trafiłam takie jak chciałam).. no i kuźwa po drodze do domu, spadły z siedzenia i się jeden zbił... ech...
szkoda gadać....
no i co by tu jeszcze....
ni wiom...
narazie tyle
26 lipca 2009
na ciebie przyszła pora
na ciebie przyszła pora...
Rozleniwienie, które towarzyszy nam od czasu powrotu z wakacji nieuchronnie prowadzi nas do zguby. Gotowaniem się nie zajmujemy, natomiast bardzo chętnie spozywamy pikantne skrzydełeczka z fryteczkami , obficie zaopatrzone w majonez i ketchup. Wieczorem popijamy piwko, a do piwka znajdzie sie jakaś czekoladka, albo jakis inny ''przekąśnik''. Ograniczenia, o których rozmawiamy codziennie (bo po prawdzie jesteśmy dorośli i wiemy,że czas powrócić do rzeczywistości) odkładane są na tzw ''jutro''.
JUTRO jest zawsze tak łatwo dostępne, tak przyjemnie odlgłe, tak uroczo wyszyte w nadzieję... JUTRO wszystko jest możliwe, bo DZIŚ jest już na to za późno, ale JUTRO, to co innego.
Czujemy jak magia tego słowa nas uskrzydla i uwalnia od tego co nieuchronnie się zbliża...
Nasze JUTRO trwa od tygodnia, bo przeciez trwać może, bo przeciez to piękno jutra jest dla nas najważniejsze, TERAZ jest za późno, TERAZ nie mam jak, nie mam czasu, nie mogę, nie pasuje mi, nie ma sensu...TERAZ nie... JUTRO... wszystko zacznie się jutro...
Rozłożyłam swe ciało na wygodnym materacu, obok rozłożyło się moje oplecione złotą przysięgą szczęście, pomiędzy nami wygłaskana mała miłóść... Leżymy opowiadając sobie co było.. WCZORAJ juz się nie liczy, DZIS juz prawie minęło...
''co robimy jutro , mamo?"
'' ja się zacznę odchudzać'' mówię z rozmarzoną miną, bo juz widzę siebie w tej niebieskiej sukience z głebin mej szafy
'' ja chyba też'' smutnym głosem oznajmił mąż po czym pogłaskał sie po zaokrąglonym brzuchu '' i idę jutro biegać''
uśmiecham się, w końcu i on przytył..'' i na ciebie przyszła pora''- śmieję się w myślach
'' a ja jutro zjem tylko 10 cukierków''- z pełna powagą oznajmia Nieletnia- '' nie chcę być utyta"
wysyłamy sobie z mężem porozumiewawcze spojrzenia, naszą łączność zrywa piskliwy głos Nieletniej '' oj, tato ,zobacz jaki ty utyty jesteś, masz brzuch wielki jak mama''
wstałam... zrobię listę zakupów, na jutro...
''Nieletnie: i na ciebie przyszła pora. ty też z nami będziesz na diecie, o cukierkach zapomnij, bo będziesz miała brzuch jak ja''
'' kiedy mamo?''
''od jutra''
uśmiech rozjaśnił jej twarz... nawet ona wie, że od dziś do jutra dzieli nas cała wieczność ..
JUTRO jest zawsze tak łatwo dostępne, tak przyjemnie odlgłe, tak uroczo wyszyte w nadzieję... JUTRO wszystko jest możliwe, bo DZIŚ jest już na to za późno, ale JUTRO, to co innego.
Czujemy jak magia tego słowa nas uskrzydla i uwalnia od tego co nieuchronnie się zbliża...
Nasze JUTRO trwa od tygodnia, bo przeciez trwać może, bo przeciez to piękno jutra jest dla nas najważniejsze, TERAZ jest za późno, TERAZ nie mam jak, nie mam czasu, nie mogę, nie pasuje mi, nie ma sensu...TERAZ nie... JUTRO... wszystko zacznie się jutro...
Rozłożyłam swe ciało na wygodnym materacu, obok rozłożyło się moje oplecione złotą przysięgą szczęście, pomiędzy nami wygłaskana mała miłóść... Leżymy opowiadając sobie co było.. WCZORAJ juz się nie liczy, DZIS juz prawie minęło...
''co robimy jutro , mamo?"
'' ja się zacznę odchudzać'' mówię z rozmarzoną miną, bo juz widzę siebie w tej niebieskiej sukience z głebin mej szafy
'' ja chyba też'' smutnym głosem oznajmił mąż po czym pogłaskał sie po zaokrąglonym brzuchu '' i idę jutro biegać''
uśmiecham się, w końcu i on przytył..'' i na ciebie przyszła pora''- śmieję się w myślach
'' a ja jutro zjem tylko 10 cukierków''- z pełna powagą oznajmia Nieletnia- '' nie chcę być utyta"
wysyłamy sobie z mężem porozumiewawcze spojrzenia, naszą łączność zrywa piskliwy głos Nieletniej '' oj, tato ,zobacz jaki ty utyty jesteś, masz brzuch wielki jak mama''
wstałam... zrobię listę zakupów, na jutro...
''Nieletnie: i na ciebie przyszła pora. ty też z nami będziesz na diecie, o cukierkach zapomnij, bo będziesz miała brzuch jak ja''
'' kiedy mamo?''
''od jutra''
uśmiech rozjaśnił jej twarz... nawet ona wie, że od dziś do jutra dzieli nas cała wieczność ..
Subskrybuj:
Posty (Atom)