31 sierpnia 2009
Założenia
Założenia
Z założenia wychodzę ,że świat nie kręci sie wokól mnie, a bym chciała.
bom jest próżna i zadufana w sobie, bo domagam się uwagi...
ot i taka prawda. chce być podziwiana i adorowana, choćby za sposób w jaki gotuje ,lub sprzątam mieszkanie, docenienie tego faktu czynie mnie ważną i potrzebną temu światu
Z założenia wychodzę,że najbardziej liczy się w człowieku piękno wewnętrzne, aczkolwiek istotna jest powierzchowność. Jakkolwiek, ktokolwiek by temu zaprzeczał, liczy się dla nas jak kto wygląda, jak się ubiera, jak się zachowuje, bądź jak pachnie
Z załóżenia wychodze, że jestem wariatem, wszak tylko wariat wie,ze jest nienormalny, no i czym jest normalność?
siadam sama ze sobą i prowadze długie filozoficzne rozmowy, mądrzy ludzie nie mówią do siebie, a już z pewnościa nie psychologiczno- filozoficznie. tacy udaja się do specjalistów, by ci rozwiązywali ich problemy. wnoskuje zatem ,że albo jestem psychiczna, albo psychiatra
Z założenia wychodze,że normalność jest czymś nieosiagalnym , gdy jest sie mną, jednakże posiadam pewne cechy normalnych osobników...
choć jeszcze nie wiem jak sprecyzować normalność, uznaje ,że budzenie się na dźwięk budzika, nie rozmawianie z obcymi, obgadywanie sąsiadów, pospolita zazdroścć gdy komuś lepiej, unikanie spojrzeń ludzi np w srodkach publicznego transporu, ciągłe narzekanie i raczej nieustanne niezadowolenie z tego co się ma, czyni mnie podobna do wielu, i to podobieństwo z innymi tez jest normalne, choc każdy uważa się za wyjątkowego......
Z założenia wychodzę,że każdy jest zdolny do miłości, jedni do tej szalonej inni statecznej i uporządkowanej, z zasadami i regułami , których pojąc nie umiem. każdy kocha na swój sposób, a miłość jest inna na różne sposoby. kochać umiem jedynie na swój sposób i winę za błędy zwalam na rodziców, którzy miłości uczyli mnie innej, tak innej ,że mieniła się na różne kolory- w szczególności zaczynając od fioletu, potem były różne odcienie żółci, aż bladła i zlewała sie z biała moją cerą. miłość brzmiała muzycznie w mych uszach, dzwonek kieliszka, echo dna butelki, dzwięczne podniesienie głosu przeradzające się w lekki jęk zranionego zwierzęcia. miłość ulewała się z kielicha żalem i tęsknota za niewiadomo czym, i była trwała... trwała wiecznie... nieustannie plątała się pomiędzy pięściami a kłamstwem.
ja tez kocham , choć widocznie za mało, bo nie umiałabym związać jej w ciasny worek nieporozumień, bólu i upokorzeń. moja miłość jest inna, prostsza, składa się z pocałunku na dzień dobry, spontanicznego uśmiechu, szczerości wyznań, spokoju sumienia, braku tajemnic, zaufania. nie wyrzekam się siebie, ani swej godności, nie znoszę upokorzeń, ani batów braku uszanowania, nie błagam o nic, ani nie jestem błagana, nie wykrzykuję racji , a racje są słyszane... łatwo mi tak kochać, łatwo mi być kochaną...
Z założenia wychodzę ,że nic nie trwa wiecznie, a z rzeczy wiecznych miłość trwa najkrócej, dlatego nie biorę niczego za pewność jutra. ciesze się tym co mam, i modlę o następny dzień z tym co mam, albo lepiej,żeby było tego więcej... a najlepiej jakby więcej pieniędzy było, bo choć zapominamy o rozwoju duchowym, nie zapominamy o rozwoju konta.
pieniądze szczęścia nie dają, ale w szczęściu pomagają
Z założenia wychodzę,ze się mylę, co do świata i ludzi, co do rządzących i co do Boga, lub boga- muszę tak założyć, bo gdybym wierzyła w co myślę, uznałabym ,że Bóg jest idiotą.. ale skoro On wie wszystko, wie również, że tworząc mnie spotkałby się z taką opinią, więc czy to przypadek,ze stwierdzam,że Bóg nie wie co czyni, czy też chciał, bym to światu przekazała? czy też powinnam przestać już pić to wino i położyć się spać...
z założenia wychodzę,że jestem, po prostu jestem... a to jaka jestem nie ma znaczenia, ludzie widzą twarz, i już nie próbuje mówić i opowiadać im o sobie, bo wychodzi,że się żalę, a jak mam inne zdanie,że się mądrzę, a jak mam inny wygląd, że jestem odmieńcem, a jak się nie zgadzam,że jestem kontrowersyjna, a jak przytakuję, że nie mam własnego zdania, a jak nie patrzę w oczy , że kłamię, a jak patrze w oczy,że się gapię...
jestem...
i już właściwie mnie nie ma, bo idę stąd, w sensie, z pokoju ... w salonie siedzi moja normalność, ktoś kto umie mnie czytać, choć brak jakich kolwiek słów.. idę , bo słyszę śmiech, i chcę by rozbrzmiewał nie tylko w salonie ale i w moich uszach... takie dźwięki mi towarzyszą... spokojnego domu, szacunku, godności, wyrozumiałości... we wszystko się wplata duża dawka poczucia humoru..
nie pragnę więcej...
27 sierpnia 2009
Nieład
22 sierpnia 2009
Niedbałość myśli
W związku z panującą wewnątrz mnie frustracją postanowiłam otworzyć swoje zapiski wątkowe, by móc oddać tę część siebie , która mnie gnębi. Nietety, moja wylewność skończyła się na zdaniu – niedbałość myśli i nastąpiła pustka emocjonalna i twórcza.
Następnie wytępuje cisza, a po ciszy przychodzi kręcenie się w kółko na fotelu, fotel lekko piszczy i trzeszczy więc ciszę przerywa.
Wydęłam wargi niczym rozkapryszona dziewczynka, i dumam nad sensem klikanych słów. Sensu nie widzę...
Gapię się w zawieszony nad biurkiem obraz i grymaszę, za blisko mych oczu wisi i denerwują mnie jego niedociągnięcia... musze popracować nad techniką, bo coś kiepsko mi ostanio to malowanie wychodzi...
piję colę i złoszczę się,że puszka prawie pusta, pić mi sie chce, ale wstawac nie... a do kuchni trzeba przejśc przez cały korytarz i salon jeszcze... za daleko...
wrzeszczę zatem do oglądającego telewizję w salonie( przeciez bliżej jest kuchni niż ja) co by mi tej coli przyniosło... może jak się napiję to mi bąbelki mózg ożywią, bo cos jakoś mi nie idzie myślowo...
losie, jak to dobrze nie być samotnym, przyniosło mi moje szczęście colę, podziękowałam , otworzyłam, napiłam się, kręce się na fotelu...
zważyłam sie dziś rano, nic nowego - co ranek sie waże, po co? nie mam pojęcia, chyba żeby uwidocznić własą porażkę... aczkolwiek dzisiaj miła niespodzianka...
no i rozmowa z NIM
- ważysz się?
- no (odpowiadam dość inteligentnie na inteligentne pytanie)
- i?
-e, wiesz , różnie, waga mi skacze
- to może ją przyklej
- no
i wyszłam, i poszłam , i namalowałam ten obraz co teraz wisi nad biurkiem i mnie denerwuje.. ładny jest, ale nie tak ładny jak bym chciała.. i mnie wkurza,że wisi taki bezczelny w swej niedoskonałości... ale pasuje do wnętrza tego pokoju, bo tu wszędzie niedoskonałość....
Wczoraj było matki boskiej pieniężnej. Wypłata- radonsa chwila, człowiek wie za co sobie nerwy zżera...
zatankowałam samochód, wypełniłam lodówke i odłożyłam resztę w kopertę... składam na nowe meble do salonu...
męża mam opornego na nowosci, albo raczej na wydawanie pieniedzy jak nie ma takiej porzeby
( "przecież, kochanie, mamy meble w salonie!"
"no mamy ale nie takie jak bym chciała"
''ale przecież to ty je kupowałaś"
''oj tam, kupowałam, nie kupowałam, co za różnica, brzydkie są i już'' )
No to mi się marzą te nowe meble, ale w tym momencie nam sie marzenia rozmijają, a jemu raczej przychodzi chęc na podanie mi młotka ,żebym sobie wybiła z głowy jakiekolwiek meble do jakiejkolwiek cześci naszego mieszkania.
Ale ,że mój mąż seks lubi to się w końcu zgodził...
No i stoją mebelki, i czekaja skręcenia ich do kupy...
No i powinnam się cieszyć , prawda?
ale jednak nie..
bo panuje we mnie ogóle oburzenie! bo ja chciałam jeszcze sobie stół barowy kupić.. i był ... taki jak trzeba... i owszem, cena przystępna... ale krzeseł nie było.. no to szukam, jakie by tam pasowały, i patrzą SĄ... idelne, lecę, biegnę, oglądam, mlaskam, klaskam, uśmiecham się ,przymierzam, siadam, wstaję... i patrzę na cenę i mnie trafia szlag....
krzesło kosztuje prawie tyle samo co stół... a przecież mi trzeba tych krzeseł sztuk 4... posyłam błagalne spojrzenie na ślubnego, ale jedyne co widze to jego plecy... on już widział cene i oddala się, by zachować bezpieczny dystans między mną, krzesłem, moim błaganiem, a możliwościami portfela... no i wiem,ze nie ma szans na te krzesła... a żadne inne mi sie juz nie podobają, no bo tak jest,że jak mi coś wpadnie w oko , to trudno potem jakis zastępczy prosukt znaleźć....
posmęciałm się jeszcze chwilę po sklepie i pełna frustracji opuściłam buynek...
optymisztycznie nastroiły mnie meble zakupione, zdruzgotały niezakupione... no i jakby tego było mało, kupiłam sobie komplet kieliszków koktajlowych ( w końcu trafiłam takie jak chciałam).. no i kuźwa po drodze do domu, spadły z siedzenia i się jeden zbił... ech...
szkoda gadać....
no i co by tu jeszcze....
ni wiom...
narazie tyle
26 lipca 2009
na ciebie przyszła pora
na ciebie przyszła pora...
Rozleniwienie, które towarzyszy nam od czasu powrotu z wakacji nieuchronnie prowadzi nas do zguby. Gotowaniem się nie zajmujemy, natomiast bardzo chętnie spozywamy pikantne skrzydełeczka z fryteczkami , obficie zaopatrzone w majonez i ketchup. Wieczorem popijamy piwko, a do piwka znajdzie sie jakaś czekoladka, albo jakis inny ''przekąśnik''. Ograniczenia, o których rozmawiamy codziennie (bo po prawdzie jesteśmy dorośli i wiemy,że czas powrócić do rzeczywistości) odkładane są na tzw ''jutro''.
JUTRO jest zawsze tak łatwo dostępne, tak przyjemnie odlgłe, tak uroczo wyszyte w nadzieję... JUTRO wszystko jest możliwe, bo DZIŚ jest już na to za późno, ale JUTRO, to co innego.
Czujemy jak magia tego słowa nas uskrzydla i uwalnia od tego co nieuchronnie się zbliża...
Nasze JUTRO trwa od tygodnia, bo przeciez trwać może, bo przeciez to piękno jutra jest dla nas najważniejsze, TERAZ jest za późno, TERAZ nie mam jak, nie mam czasu, nie mogę, nie pasuje mi, nie ma sensu...TERAZ nie... JUTRO... wszystko zacznie się jutro...
Rozłożyłam swe ciało na wygodnym materacu, obok rozłożyło się moje oplecione złotą przysięgą szczęście, pomiędzy nami wygłaskana mała miłóść... Leżymy opowiadając sobie co było.. WCZORAJ juz się nie liczy, DZIS juz prawie minęło...
''co robimy jutro , mamo?"
'' ja się zacznę odchudzać'' mówię z rozmarzoną miną, bo juz widzę siebie w tej niebieskiej sukience z głebin mej szafy
'' ja chyba też'' smutnym głosem oznajmił mąż po czym pogłaskał sie po zaokrąglonym brzuchu '' i idę jutro biegać''
uśmiecham się, w końcu i on przytył..'' i na ciebie przyszła pora''- śmieję się w myślach
'' a ja jutro zjem tylko 10 cukierków''- z pełna powagą oznajmia Nieletnia- '' nie chcę być utyta"
wysyłamy sobie z mężem porozumiewawcze spojrzenia, naszą łączność zrywa piskliwy głos Nieletniej '' oj, tato ,zobacz jaki ty utyty jesteś, masz brzuch wielki jak mama''
wstałam... zrobię listę zakupów, na jutro...
''Nieletnie: i na ciebie przyszła pora. ty też z nami będziesz na diecie, o cukierkach zapomnij, bo będziesz miała brzuch jak ja''
'' kiedy mamo?''
''od jutra''
uśmiech rozjaśnił jej twarz... nawet ona wie, że od dziś do jutra dzieli nas cała wieczność ..
JUTRO jest zawsze tak łatwo dostępne, tak przyjemnie odlgłe, tak uroczo wyszyte w nadzieję... JUTRO wszystko jest możliwe, bo DZIŚ jest już na to za późno, ale JUTRO, to co innego.
Czujemy jak magia tego słowa nas uskrzydla i uwalnia od tego co nieuchronnie się zbliża...
Nasze JUTRO trwa od tygodnia, bo przeciez trwać może, bo przeciez to piękno jutra jest dla nas najważniejsze, TERAZ jest za późno, TERAZ nie mam jak, nie mam czasu, nie mogę, nie pasuje mi, nie ma sensu...TERAZ nie... JUTRO... wszystko zacznie się jutro...
Rozłożyłam swe ciało na wygodnym materacu, obok rozłożyło się moje oplecione złotą przysięgą szczęście, pomiędzy nami wygłaskana mała miłóść... Leżymy opowiadając sobie co było.. WCZORAJ juz się nie liczy, DZIS juz prawie minęło...
''co robimy jutro , mamo?"
'' ja się zacznę odchudzać'' mówię z rozmarzoną miną, bo juz widzę siebie w tej niebieskiej sukience z głebin mej szafy
'' ja chyba też'' smutnym głosem oznajmił mąż po czym pogłaskał sie po zaokrąglonym brzuchu '' i idę jutro biegać''
uśmiecham się, w końcu i on przytył..'' i na ciebie przyszła pora''- śmieję się w myślach
'' a ja jutro zjem tylko 10 cukierków''- z pełna powagą oznajmia Nieletnia- '' nie chcę być utyta"
wysyłamy sobie z mężem porozumiewawcze spojrzenia, naszą łączność zrywa piskliwy głos Nieletniej '' oj, tato ,zobacz jaki ty utyty jesteś, masz brzuch wielki jak mama''
wstałam... zrobię listę zakupów, na jutro...
''Nieletnie: i na ciebie przyszła pora. ty też z nami będziesz na diecie, o cukierkach zapomnij, bo będziesz miała brzuch jak ja''
'' kiedy mamo?''
''od jutra''
uśmiech rozjaśnił jej twarz... nawet ona wie, że od dziś do jutra dzieli nas cała wieczność ..
1 czerwca 2009
autobusowe grubasy
autobusowe grubasy
Po porannym załamującym ważeniu postanowiłam poprawić sobie humor zakupami.
Wypchałam portfel funtami, zaprowadziłam pociechę do szkoły i wpakowałam tyłek do autobusu.
Słoneczna pogoda nastraja mnie optymistycznie, nawet w najgorszy poranek, jeśli tylko słońce zaświeci, pojawia mi sie uśmiech na twarzy..
Odziana lekko- jak to w upał:spodenki i koszulka (koniecznie biala, by podkreślić moją ''nowo nabytą'' opaleniznę) zjęłam miejsce przy oknie...
W duszy powoli przestał bębnić mi poranny wynik ważenia, natomiast zaczęło rozbrzmiewać wiosenno-letnie tralalalalalalalala...
i tak sobie myśląc ,że świat jest piękny, poczułam,że coś próbuje mnie wkomponować w okno.
Tralalalalalalala w duszy zamknęło sie natychmiast.
Odwróciłam głowe w stronę tego co mnie zaczęło miażdzyć i napotkałam promienny uśmiech kobiety, która zajmowała moje pół siedzenia... no cóż, sama kiedyś wyglądałam podobnie, odwzajemniłam sie więc uśmiechem i połowę tyłka wlepiłam w szybę... Niestety, pół mego zadka na szybie nie zadowoliło podróżującej obok pani. Niby nieznacznie zaczeła przesuwać swoje 4 litery w moją stronę, ciagle uśmiechając sie uprzejmie i przepraszająco...
Zmiażdżona pomiedzy szybą a babą obok zaczęłam tracić dobry humor i chęć na zakupy...
wstałam więc, przeprosiłam panią z grzecznym uśmiechem i postanowiłam zmienić miejsce.
Stanęłam obok i zauważyłam,że kobieta zajmuje 3/4 mojego siedzenia. Przez myśl przeszło mi złośliwe : ''czy nie powinna przypadkiem kupic 2 biletów?'' i rozejrzałam sie za wolnym miejscem...
Za mna siedziała pani podobnych rozmiarów co moja poprzednia sasiadka, obok niej, na jednym półdupku facet szkieleton.
Z drugiej strony facet o kulach- nic dziwnego, bo na nogach wlasnych to on by swego brzucha nie udźwignął.
Spojrzałam na sam koniec, w nadziei ,że znajdę jakieś wolne miejsce, a tam siedzi spocony babsztyl- zajął prawie dwa siedzenia swoim tyłkiem, a na trzecim miejscu postawił swoje siatki z zakupami...'' ta to powinna 3 bilety mieć'' przemknęło mi przez głowe...
ńie ruszam się z miejsca zatem. Stoję obok babki ważącej ze trzy razy tyle co ja, a ona stoi i sapie, i dyszy... Zaczynam sie nawet martwić, czy może się nie dusi, może ma atak serca... kobietka co chwila z nogi na nogę i lekko pojękuje...
Zczynam oblewać sie potem, bo już wyobrażam sobie,jak kobieta dostaje ataku serca i leci prosto na mnie. Jedna jej pierś jak moja głowa... ałć...
Cholera, nie mam nawet się gdzie przesunąć...
Wgłowie pojawiają mi sie obrazy, krzyki ludzi, panika, sygnał karetki..
Większość ludzi w autobusie to staruszki,kto by zrobił babie masaż serca? o rany, ja, ja bym musiała! baba robi się czerwona i co chwila zerka na mnie... czy ona wie,że ja będę ratowała jej życie?
'' dobrze się czujesz?'' słysze nagle
''słucham?'' pytam jakbym nie zrozumiala
''nie wygladasz zbyt dobrze'' mowi do mnie dyszaca babka
''nie,nie, goraco tylko''
''moze powinnas usiać, o tu zobacz pani ustąpi ci miejsca''
''nie, nie trzeba dziekują, postoję'' i powstrzymuje starsza panią przed powstaniem z miejsca
''ja zaraz wysiadam''- mowi miła starsza ( i też otyła) pani-'' a ty powinnas usiaść, kobiecie w ciaży w taki upal to trudniej stac niz mi staruszce''
W mojej głowie tralalallalalalala dawno zmieniło sie w piorunobicie z grzmotami i wielką ulewą!!
Siadłam, co będę babie tłumaczyć ,że nie jestem w ciaży. Przynajmniej obok mnie puste miejsce. Postawiłam torebkę obok i dumnie wypiełam brzuch.. a co, jak one moga zajmować 2 siedzenia to ja też, bo my jesteśmy autobusowe grubasy
Wypchałam portfel funtami, zaprowadziłam pociechę do szkoły i wpakowałam tyłek do autobusu.
Słoneczna pogoda nastraja mnie optymistycznie, nawet w najgorszy poranek, jeśli tylko słońce zaświeci, pojawia mi sie uśmiech na twarzy..
Odziana lekko- jak to w upał:spodenki i koszulka (koniecznie biala, by podkreślić moją ''nowo nabytą'' opaleniznę) zjęłam miejsce przy oknie...
W duszy powoli przestał bębnić mi poranny wynik ważenia, natomiast zaczęło rozbrzmiewać wiosenno-letnie tralalalalalalalala...
i tak sobie myśląc ,że świat jest piękny, poczułam,że coś próbuje mnie wkomponować w okno.
Tralalalalalalala w duszy zamknęło sie natychmiast.
Odwróciłam głowe w stronę tego co mnie zaczęło miażdzyć i napotkałam promienny uśmiech kobiety, która zajmowała moje pół siedzenia... no cóż, sama kiedyś wyglądałam podobnie, odwzajemniłam sie więc uśmiechem i połowę tyłka wlepiłam w szybę... Niestety, pół mego zadka na szybie nie zadowoliło podróżującej obok pani. Niby nieznacznie zaczeła przesuwać swoje 4 litery w moją stronę, ciagle uśmiechając sie uprzejmie i przepraszająco...
Zmiażdżona pomiedzy szybą a babą obok zaczęłam tracić dobry humor i chęć na zakupy...
wstałam więc, przeprosiłam panią z grzecznym uśmiechem i postanowiłam zmienić miejsce.
Stanęłam obok i zauważyłam,że kobieta zajmuje 3/4 mojego siedzenia. Przez myśl przeszło mi złośliwe : ''czy nie powinna przypadkiem kupic 2 biletów?'' i rozejrzałam sie za wolnym miejscem...
Za mna siedziała pani podobnych rozmiarów co moja poprzednia sasiadka, obok niej, na jednym półdupku facet szkieleton.
Z drugiej strony facet o kulach- nic dziwnego, bo na nogach wlasnych to on by swego brzucha nie udźwignął.
Spojrzałam na sam koniec, w nadziei ,że znajdę jakieś wolne miejsce, a tam siedzi spocony babsztyl- zajął prawie dwa siedzenia swoim tyłkiem, a na trzecim miejscu postawił swoje siatki z zakupami...'' ta to powinna 3 bilety mieć'' przemknęło mi przez głowe...
ńie ruszam się z miejsca zatem. Stoję obok babki ważącej ze trzy razy tyle co ja, a ona stoi i sapie, i dyszy... Zaczynam sie nawet martwić, czy może się nie dusi, może ma atak serca... kobietka co chwila z nogi na nogę i lekko pojękuje...
Zczynam oblewać sie potem, bo już wyobrażam sobie,jak kobieta dostaje ataku serca i leci prosto na mnie. Jedna jej pierś jak moja głowa... ałć...
Cholera, nie mam nawet się gdzie przesunąć...
Wgłowie pojawiają mi sie obrazy, krzyki ludzi, panika, sygnał karetki..
Większość ludzi w autobusie to staruszki,kto by zrobił babie masaż serca? o rany, ja, ja bym musiała! baba robi się czerwona i co chwila zerka na mnie... czy ona wie,że ja będę ratowała jej życie?
'' dobrze się czujesz?'' słysze nagle
''słucham?'' pytam jakbym nie zrozumiala
''nie wygladasz zbyt dobrze'' mowi do mnie dyszaca babka
''nie,nie, goraco tylko''
''moze powinnas usiać, o tu zobacz pani ustąpi ci miejsca''
''nie, nie trzeba dziekują, postoję'' i powstrzymuje starsza panią przed powstaniem z miejsca
''ja zaraz wysiadam''- mowi miła starsza ( i też otyła) pani-'' a ty powinnas usiaść, kobiecie w ciaży w taki upal to trudniej stac niz mi staruszce''
W mojej głowie tralalallalalalala dawno zmieniło sie w piorunobicie z grzmotami i wielką ulewą!!
Siadłam, co będę babie tłumaczyć ,że nie jestem w ciaży. Przynajmniej obok mnie puste miejsce. Postawiłam torebkę obok i dumnie wypiełam brzuch.. a co, jak one moga zajmować 2 siedzenia to ja też, bo my jesteśmy autobusowe grubasy
30 kwietnia 2009
czy nie wiedzą?
moja córka uczy się polskiego... idzie jej bardzo dobrze, właściwie jest w stanie porozumiewać się bez większych problemów, jednakże często zdarzają na się podobne rozmowy:
''mamo a skąd one to wią?''
"nie 'wią'- wiedzą, nie one- tylko oni,jak się mowi o chłopakach to się mówi 'oni' "
"aaaa, to oni jednak nie wią, a myślałam że wią"
'' kochanie, oni wiedzą"
"ty się lepiej matko zdecyduj, bo raz mówisz że nie wią, a potem że wią"
"nie 'wią' , wiedzą, córeczko, mówi się 'wiedzą' "
" a jak się mówi wiedzą, bo ja tylko tak umiem, językiem i ustami"
"dziecko, słuchaj - nie ma słowa 'wią' tylko 'wiedzą' ''
'' jak to nie ma 'wią', a oni wią ,że wiedzą?''
"wiedzą''
"aaaaaa, bo ja myślałm że nie wią"
"nie wią - WIEDZĄ!!!"
"i znowu mi zamieszałaś , i już nie wiem, czy wią ,czy nie wią"
"WIĄ!!!"
''mamo a skąd one to wią?''
"nie 'wią'- wiedzą, nie one- tylko oni,jak się mowi o chłopakach to się mówi 'oni' "
"aaaa, to oni jednak nie wią, a myślałam że wią"
'' kochanie, oni wiedzą"
"ty się lepiej matko zdecyduj, bo raz mówisz że nie wią, a potem że wią"
"nie 'wią' , wiedzą, córeczko, mówi się 'wiedzą' "
" a jak się mówi wiedzą, bo ja tylko tak umiem, językiem i ustami"
"dziecko, słuchaj - nie ma słowa 'wią' tylko 'wiedzą' ''
'' jak to nie ma 'wią', a oni wią ,że wiedzą?''
"wiedzą''
"aaaaaa, bo ja myślałm że nie wią"
"nie wią - WIEDZĄ!!!"
"i znowu mi zamieszałaś , i już nie wiem, czy wią ,czy nie wią"
"WIĄ!!!"
6 kwietnia 2009
Szerokie rozstawienie ramion
widzę się całą.
kompletnie naga siedzę przed tą swoją wymarzoną szafą...
patrzę sobie szczerze w oczy ze słabym zrozumieniem własnej uległości... ech... zawiodłam się na sobie....
zakładam,że wszelkie niepowodzenia mają mnie wzmocnić, mają wykształcić w nowe doświadczenia.
zakładam,że mam silną wolę i moge tworzyć rzeczy wielkie, że mogę wszystko jeśli tylko tego pragnę.
zakładam,że jestem panią własnego losu.
zakładam,że panuję nad swoim ciałem, nad swoimi pokusami, nad pragnieniami.
zakładam ,że jestem ponad swoje wady, bo nie one świadczą o mnie, bo wiem kim jestem.
zakładam,że mam wsparcie osób mnie otaczających- rodziny, przyjaciół
zakładam, że skoro już pokonałam siebie to mogę zrobić to po raz kolejny
zakładam,że dla chcącego nic trudnego.
zakładam,że w 6 tygodni pozbędę 10 kilogramów.
szeroko rozstawiam ramiona na powitanie moich założeń...
tymczasem....
zakładam ubranie, bo nie mogę na siebie patrzeć....
kompletnie naga siedzę przed tą swoją wymarzoną szafą...
patrzę sobie szczerze w oczy ze słabym zrozumieniem własnej uległości... ech... zawiodłam się na sobie....
zakładam,że wszelkie niepowodzenia mają mnie wzmocnić, mają wykształcić w nowe doświadczenia.
zakładam,że mam silną wolę i moge tworzyć rzeczy wielkie, że mogę wszystko jeśli tylko tego pragnę.
zakładam,że jestem panią własnego losu.
zakładam,że panuję nad swoim ciałem, nad swoimi pokusami, nad pragnieniami.
zakładam ,że jestem ponad swoje wady, bo nie one świadczą o mnie, bo wiem kim jestem.
zakładam,że mam wsparcie osób mnie otaczających- rodziny, przyjaciół
zakładam, że skoro już pokonałam siebie to mogę zrobić to po raz kolejny
zakładam,że dla chcącego nic trudnego.
zakładam,że w 6 tygodni pozbędę 10 kilogramów.
szeroko rozstawiam ramiona na powitanie moich założeń...
tymczasem....
zakładam ubranie, bo nie mogę na siebie patrzeć....
Subskrybuj:
Posty (Atom)